Ostatnie wiadomości

Strony: 1 [2] 3 4 ... 10
11
Wyjazdy / Odp: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na świecie.
« Ostatnia wiadomość wysłana przez CeloFan dnia Lipiec 10, 2021, 13:48:50 »















Zanim zapłaciłem i zanim podziękowałem swojemu dobroczyńcy, ktoś inny zabrał pustą butelkę po wodzie z bagażu i przyniósł nową, napełnioną lodowatym, krystalicznie czystym płynem. Nigdy nie przestanę się dziwić na takie zachowanie. Pewnie dlatego, że sam taki nie jestem. Wychowany w świecie egoizmu, karmiony pożądaniem niepotrzebnych rzeczy, stroniący od ludzi, nie potrafiłbym zdobyć się odruchowo na tak drobny a tak szlachetny uczynek. Po prostu nawet bym o tym nie pomyślał.

Jakieś sto kilometrów dalej, pozbawiony trosk wjechałem na rozpalone popołudniowym słońcem i pustawe przedmieścia Iranshahr. Mimo pewnego zmęczenia uśmiecham się sam do siebie na ten widok.







Bliżej centrum, miasto jest zakorkowane. W przeważającej części to białe samochody, bo to lepiej chroni przed nagrzewaniem się wnętrza. Większość, jeśli nie wszyscy mężczyźni poubierani są w luźne, przewiewne spodnie i takie same koszule. Na głowach niektórzy miewają turbany. W powietrzu unosi się zapach spalin, owoców, ziół i kurzu. Przeważnie kurzu. Trąbienie, pokrzykiwania sprzedawców wody, przewody bez ładu porozciągane między słupami elektrycznymi. Niska zabudowa z cegieł, gdzieniegdzie zamiast szyb w oknach, moskitiery.
Jakie to wszystko inne. Niby absurdalnie chaotyczne, a jednocześnie uproszczone do minimum. Każdy radzi sobie jak może. Zdaje się, że na drodze zamęt i bezład, a jednak wszystko żyje zgodnie i ma swój porządek. Porządek zdawałoby się nieregulowany przepisem, tylko współpracą ludzi korzystających z drogi. Z wielkim zadowoleniem zanurzyłem się w ten pozorny nieład. Omijam wysokie krawężniki ronda, czasem trąbiąc jak inni, żeby zwrócić na siebie uwagę tuż przed stłuczką, dosłownie na centymetry przeciskam się między samochodami i przepuszczam ludzi maszerujących w poprzek ulicy, tuż przed kołem.











Wyrównuje do mnie człowiek na małym motocyklu i przez chwilę rozmawiamy, używając raczej haseł, niż pełnych zdań. Jadę, jak szybko mogę, bo motocykl się grzeje nadmiernie. I tak szybszy jest miejscowy na swoim motorku. Pokazał gestami, że tutaj jeździ się lewą stroną przy samym krawężniku, jeśli droga jednokierunkowa. Skorzystałem skrzętnie z okazji, ale i tak za chwilę zniknął gdzieś między samochodami. Za to pogadałem sobie z jakimś uprzejmym mężczyzną z samochodu. Przywitał mnie w Iranshahr i chyba życzył łaski Allaha dla podróżnika.







Takim sposobem, dojechałem do hotelu. Nie wiedziałem, że dojadę akurat do tego. Nie mam zwyczaju robienia rezerwacji czy planowania ostatniego przystanku. I tak wiem, że jadąc do centrum, znajdę jakiś nocleg. Różnie z tym bywa, jednak tym razem instynkt mnie nie zawiódł. Zostawiłem cały kram właściwie na skrzyżowaniu na słońcu, obok innego jednośladu.





Szarpnąłem za wielkie drzwi, ale te nie poddały się. No tak. Działa tylko drugie skrzydło.
W środku pozory przepychu. Kolumny ze złoceniami, fantazyjne wzory na suficie i orzeźwiający chłód klimatyzacji.





W recepcji nienagannie przystrzyżony, młody chłopak w tradycyjnym stroju. Nie zna angielskiego, ale mam szczęście, bo za mną weszło dwóch mężczyzn o wyglądzie bardziej irańskim niż pakistańskim i mówią po angielsku. Dzięki nim poznałem cenę noclegu i wpisałem swoje dane w odpowiednie rubryki karty meldunkowej.
- Co z motocyklem?
- Motocykl na zaplecze.



Zdążyłem już oswoić się z przyjemnie chłodnym wnętrzem. Po otworzeniu drzwi hotelowych gorąc zaskoczył mnie swoją temperaturą mimo wszystko. Przy motocyklu, dwóch chłopców z zaciekawieniem przygląda się niespotykanej maszynie. Niczego nie dotykają, nie bawią się przełącznikami, nie próbują wsiadać. Może dlatego, że mają ręce zajęte zakupami.







Po raz ostatni dziś silnik odpalił, zaciągając gorące powietrze. Dwadzieścia metrów dalej, wysoka, żelazna brama otwiera się i wjeżdżam na zacienione zaplecze hotelu a dokładniej kuchni. Kto tylko dowiedział się, że przyjechał turysta, przyszedł zaspokoić ciekawość i przywitać się. Tak więc jest sam kucharz, jego dwóch pomocników, chłopcy będący tu prawdopodobnie na praktykach. Kiedy ja rozbieram objuczony motocykl, oni robią zdjęcia telefonami, rozmawiają podekscytowani, śmieją się. Chcieli też pomóc mi z bagażem, ale nie chciałem wykorzystywać ich uprzejmości i odrywać od pracy. Ponieważ to nie takie łatwe, pozwoliłem jednemu z chłopców wziąć kask.

















Szerokie schody prowadzą na pierwsze piętro do korytarza z pokojami. W pokoju zaduch, ale chłopak z obsługi natychmiast włączył klimatyzator i wyszedł, nie czekając na napiwek. Czy tu daje się napiwki?
Z ulgą zrzuciłem z siebie mokre od potu, ciężkie ciuchy motocyklowe. Zimny prysznic zmył całkowicie zmęczenie i przywrócił mi energię. Chciałbym zobaczyć, jak ludzie tu żyją. No i jestem głodny.













Nie wiem, w którą stronę iść. Nieopatrznie pytam w recepcji o jedzenie. To najczęściej działa, bo trafiałem na miejscowe specjały. Nie sądziłem jednak, że wywołam tym pytaniem taki zamęt. W recepcji zrobił się ruch. Zawrzało. Kto jest, mówi swoje. W holu hotelowym jest recepcjonista, jego pomocnik, odźwierny, dwóch gości i kilku chłopców. Chyba są praktykantami. Każdy pokazuje w innym kierunku. W końcu wyglądający na najstarszego z młodych powiedział coś z sensem, bo przycichły sprzeczki. Wyprowadza mnie z hotelu i skinieniem palca zatrzymuje pierwszy napotkany samochód. Pierwszy. Nie wybiera, nie szuka taksówki ani czegoś specjalnego. Wpycha mnie do niego obok kierowcy i wydaje polecenia. Kierowca krótko odpowiada i ruszamy. Zdążyłem tylko spytać, ile to kosztuje, pokazując pieniądze. Człowiek z hotelu wyjął jeden banknot i wręczył kierowcy.
Podróżuję tak kilka kilometrów. Mały, biały samochód podskakuje na wybojach, zwalnia przed spowalniaczami ustawionymi w poprzek ulicy. Kierowca nie odzywa się, ale wygląda, jakby dopadło go permanentne szczęście. Trąbi co jakiś czas w geście pozdrowienia albo popędzenia jakiegoś pieszego. Przez otwarte okna małego auta dobiega harmider ulicy, nieco zagłuszając rozkręcone głośno radio i wdziera się zapach miasta.





Kierowca podwozi mnie do wielkiego budynku warownego. To zamek Naseri*. Tu wysiadam, bo kierowca nie chce jechać ze mną dalej. Widocznie tak się umówili z chłopakiem, który uprzejmie wepchnął mnie do samochodu. Na odchodne proszę, żeby zapisał mi na kartce nazwę hotelu po irańsku, na wypadek, gdybym się zgubił.




***

Chaos. Wszyscy trąbią, krzyczą do siebie, kupują, sprzedają, dyskutują, pracują. Dwóch mężczyzn przerzuca arbuzy z pickupa na stragan. Obok sprzedawca warzyw zachwala na głos swoje towary. Kobiety też sprzedają, ale w milczeniu. Może nie wolno albo nie wypada im pokrzykiwać? Wielki ruch na ulicy. Masa ludzi i każdy ma coś do załatwienia.





































Są też tacy, co sprawiają wrażenie, jakby wszystko już załatwili.











Zapachy kuchni mieszają się ze spalinami. Naprawa TV-RTV, sprzedaż złota, szycie ubrań, haftowanie, hurtownie z napojami, z nasionami, sklepy z częściami do motocykli i samochodów, piekarnie. Wszystko można tu kupić, zrobić, naprawić. Ulica tętni jak życiodajna aorta. Są uliczki tylko z hafciarzami, tylko z zakładami szklarskimi, tylko z kafelkami na ścianę, tylko z fachowcami od naprawy wszystkiego. Trafiłem właśnie na hafciarzy. Stoję zaciekawiony w wejściu, aż jeden mnie zauważył. Na głowie ma biały turban z cienkiego materiału. Oczom pomagają okulary, przystrzyżona broda w kolorze turbanu zamyka twarz w białym okręgu. Skinieniem dłoni zaprasza do środka. Ledwo to zauważyłem, bo zachodzące słońce jeszcze niewiele straciło na swojej mocy.
Wchodzę niepewnie. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do niewielkiej ilości światła, mogłem zobaczyć, co naprawdę robią ci ludzie. Dawno nie odświeżane, zielone ściany, przyozdobione są efektem pracy mężczyzn. Chusty, suknie, szale, narzuty i nie wiem co jeszcze. Wszystko to przyozdobione kunsztownym, kolorowym haftem. Prawdziwe arcydzieła ludzkich rąk. Pokazując aparat, powinienem zapytać, czy mogę zrobić zdjęcia. Tak powinno to wyglądać. Jednak stało się odwrotnie. Zanim wspomniałem o aparacie, mężczyzna z końca pokoju sam poprosił o zdjęcie. Później następny i następny.



















Dostałem też wodę z dużego, wyglądającego na termos pojemnika. Kubek jest jeden, wspólny. Woda natychmiast oszroniła metalowe naczynie dookoła. Każdy łyk przynosi ulgę, a jednocześnie mrozi mózg aż do bólu. Uprzejmy hafciarz, widząc, jak szybko opróżniłem kubek, nalał jeszcze raz. Zaspokoiwszy pragnienie, zrobiłem kilka ujęć, choć aparat wyślizgiwał się z mokrych dłoni. Byłem tak podekscytowany, że zapomniałem o podstawach fotografii i większość się nieudała. Najdłużej jednak trwało pokazywanie efektu mojego fotografowania każdemu z osobna. Tak, żeby nikogo nie pominąć. Żeby nie urazić. 



Można spytać, co jest takiego fascynującego w obskurnym, ciemnym pokoiku i pracujących tam mężczyznach. Nie wiem. Zrobiło na mnie wrażenie to, że byli uśmiechnięci, życzliwi, pogodni, mimo że to koniec dnia a warunki ich pracy odbiegały znacznie od standardów jakie znam.

***

Wejście do baru oświetlone dużą, świecącą reklamą, podpartą rozpalonym grillem. Rzuca się w oczy tym bardziej że niedługo zapadnie zmrok. Słabe światła latarni jeszcze niczego nie oświetlają na głównych ulicach. Nie zrobiło się też chłodniej. Wilgotne powietrze znieruchomiało, oblepiając każdy skrawek ciała. Koszula nieprzyjemnie przywiera do skóry, a na czoło występują kropelki potu, ile by ich nie wycierać. Każdy ruch, łyk wody, kęs strawy powoduje wyrzucanie litrów wody z organizmu. Doskonale rozumiem, dlaczego mężczyźni noszą luźne, przewiewne ubrania i dlaczego najlepiej przetrwać tę niedogodność w bezruchu.



Yasin Khandan, Gobhan i jeszcze jeden Yasin, którego nazwiska nie zapisałem. Ci trzej przywitali mnie w wejściu, nienachalnie zapraszając do baru. Nie zdążyłem się dobrze rozejrzeć i już bez butów zasiadłem na podwyższeniu z desek. W środku jest jeszcze większy zaduch. Czuć docierające z kuchni zapachy. Jestem jedynym gościem. Yasin chyba pyta, na co mam ochotę. Od początku porozumiewamy się na migi. Mam szczęście, bo na ścianie, nad wejściem do kuchni, wiszą wizualizacje tego, co można zamówić. Pokazuję palcem na pierwszą z brzegu potrawę i na lodówkę z zimnymi napojami w środku. Uśmiech pojawił się na wszystkich twarzach. Problem rozwiązany. Szaszłyk, ryż, pieczone pomidory i coś niemal czarnego na oddzielnym talerzu z kawałkami mięsa zawiniętymi w liście, prawdopodobnie winogronowe. No i placki chlebowe. Podaje się je do wszystkiego. Okazało się, że do picia zamówiłem całą butelkę czegoś w smaku przypominającego Fantę. To nic. Najważniejsze, że napój jest bardzo zimny. Oczywiście nie sposób zjeść w samotności w tak uprzejmym towarzystwie. Mężczyźni nie odstąpili mnie na krok, co chwila sprawdzając, czy wszystko smakuje. Nie są natrętni. Po prostu chcą być gościnni jak to tylko możliwe. Skąd mieliby wiedzieć, że jestem sobkiem i wolę zjeść w samotności.
Gobhan zauważył kamerę. Musiałem wytłumaczyć na migi co to, po co i dlaczego. No i że nie jestem szpiegiem. Gobhan tak zapałał chęcią posiadania tego urządzenia, że gotów jest zamienić się na swój sygnet.
- To zeszyt? – domyślam się, o co pyta drugi Yasin, wskazując palcem na mój… zeszyt.
- Tak, zeszyt. Chcesz coś napisać? – zapytałem, otwierając notes i podając długopis.
- No pewnie.
Tak zapewne wyglądałaby rozmowa ludzi, którzy się rozumieją. Każdy po kolei napisał jak się nazywa i może jakąś dodatkową adnotację, ale nieważne co jest napisane. Za każdym razem, kiedy otwieram stary, pognieciony notes na tej stronie, przed oczami mam Iran, Beludżystan, Iranshahr, ciemną ulicę, zaduch rozgrzanego miasta, bar i tych wesołych, uprzejmych mężczyzn. Spędziłem z nimi dobrą godzinę. Mimo bariery językowej i pośmialiśmy się i rozmawialiśmy, wymienialiśmy uprzejmości i dziękowaliśmy nawzajem. Ja za dobre potrawy, które wychwalałem jak umiem, oni za moją wizytę. Dowiedziałem się, że z całą pewnością nie jestem w Iranie. To Beludżystan - z dumą powtarzali moi rozmówcy. To Beludżystan…















***
12
Wyjazdy / Odp: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na świecie.
« Ostatnia wiadomość wysłana przez CeloFan dnia Lipiec 10, 2021, 13:48:11 »
 :deadtop4:

25–ty dzień. 14 maja

30.54698, 57.77063 lub N31 32.833 E60 02.935 - Iranshahr

Licznik 100853 - 101585
732 km

Siłą woli otworzyłem oczy, ale absolutna ciemność nie pozwala nic dostrzec. Powoli świadomość wraca, przez hałas, nieprzerwanie drażniący słuch. Już pamiętam. Specjalnie położyłem go dalej, a teraz muszę wstać, żeby wyłączyć natarczywy brzęczyk budzika w telefonie, pokazującego 4:20. Przypomniałem sobie nareszcie, po co wstaję w środku nocy. Kilka minut później jestem gotowy.
W pokoju zimno, jednak to zasługa klimatyzatora. Wystarczy otworzyć przeszklone, metalowe drzwi i ciepłe, duszne powietrze natychmiast wypiera chłód. Ani myślę o założeniu ciężkiej kurtki motocyklowej.

***

Jadę za Alim i jego pasażerem z Holandii. Ich biały samochód jest jedyną wskazówką nawigacyjną w absolutnych ciemnościach. GPS`a nie zabrałem. Czerń obleka tutejszy świat tak szczelnie, że czerwone światła samochodu przede mną i żółtawe motocykla, zdają się być tłamszone ciężarem nocy. Asfalt zlewa się z poboczem, tak samo, jak pobocze z pustynią, a ta z absolutnie czarnym niebem. Jedynym wyróżnieniem monotonni świata pozbawionego światła są regularnie migające pasy, oświetlane słabym reflektorem motocykla.







Nie widzę jej, ale wiem, że otacza mnie zewsząd. Co jakiś czas wpadam w chłodniejszą masę powietrza. Różnica temperatur powoduje ciarki. Zaraz potem znowu gorąco i włosy przestają jeżyć się na nagich przedramionach. Wdech, wydech, długi wdech, wydech. To oddech pustyni.
Czterdzieści kilometrów dalej samochód przede mną skręca w nicość. Robię to samo. Motor podskakuje na nierównościach twardego podłoża.
Niebo zdążyło już przybrać czarno-granatowy odcień, a z ciemności wyłaniają się baśniowe, nieruchome stwory skalnych półek, ostrych wzniesień, pionowych kolumn. Dziś ja wyprzedziłem słońce.





Ali zabrał Holendra gdzieś wyżej na wzniesienie zakończone skarpą. Mimo że zapraszał mnie do towarzystwa, chciałem zostać sam. Zrobiłem dobrze i niedobrze. Dobrze, bo samotność pozwala zbłądzić myślom na manowce. Dłużej dziwić się rzeczom nieobjaśnionym. Zawstydzić się własną niewiedzą. Pozwala milczeć i w milczeniu, tak jak ja teraz, zastanowić się, czy będę w stanie wrócić po śladach do asfaltu, gdybym miał wracać sam.
Niedobrze, bo prawdopodobnie tam dokąd poszli, najlepiej będzie widać kulę ognia, która niedługo znów roznieci pożogę na piachu, skałach i w powietrzu.
Pozostało mi włączyć aparat na statywie i odejść w przeciwnym kierunku.



Z każdą chwilą i z każdym krokiem temperatura podnosi się, a przyjemne ciepło zamienia się we wczorajszą rozpaloną furię.
Nie wiem dlaczego, w naszym rozumieniu żywotności, martwa i pusta przestrzeń wokół kojarzy mi się z ustrojem nazwanym demokracją. Wszak dotyczy tylko ludzi, których na stałe tu nie ma. To dziwne, że już starożytni Grecy, mając na myśli coś nowatorsko odkrywczego, nie zadali sobie trudu przypisania demokracji do całego świata a tylko do rodzaju ludzkiego. Może to przez wszechobecny egocentryzm. Jesteśmy tak zafascynowani sobą na poziomie narodów i w małej, jednostkowej skali, że nie jesteśmy w stanie zauważyć, że koncepcja demokracji nie wykracza dalej, niż sięga egoizm.
Rządy ludu... Nad czym? Idea przepiękna i górnolotna, choć na wskroś fałszywa. Na przestrzeni dziejów podzieliła się, przeobraziła i zdegradowała do zatrutego niskimi pobudkami potworka żądnego wpływów i władzy. Demokracja bezpośrednia, pośrednia a na koniec parlamentarna, jako majstersztyk manipulacji i upadek humanizmu, w znaczeniu racjonalnego myślenia. Na początku każdy miał równe prawo do głosu. Na końcu, każdy ma równe prawo do zagłosowania i jako jednostka nie jest w stanie zmienić niczego.
Tak jak tu, żaden człowiek nie jest w stanie zmienić niczego. Ustrój polityczny nie sięga dalej niż tam, gdzie można zarządzać masą ludzką. Tutaj jest się na chwilę i można zapomnieć o każdym ustroju, o Systemie i jego roli w życiu człowieka. Na chwilę.
Z drugiej strony, przecież ustrój wyzwala w nas poczucie bezpieczeństwa, jedności i tworzy potrzebę współzawodnictwa. Jest niezbędny, niezależnie jak go nazwiemy.
Tutaj nie da się żyć. Nie ma roślin, zwierząt ani nawet widocznego śladu po nich. Życie w naszym rozumieniu nie istnieje. Jest tylko piach przemieszczany wiatrem, zwietrzałe skały, skruszone erozją kamienie, rozgrzane powietrze i nieskończona przestrzeń.



Po pół godziny Ali wrócił ze swoim klientem, ale od razu nie odjechaliśmy.



Mam jeszcze trochę czasu dla siebie. Upewniwszy się, że motor zostawia za sobą ślad, po którym wrócę, pojechałem w głąb rozgrzewającego się piekarnika. Mimo że kompani zniknęli mi z oczu, nie ujechałem zbyt daleko. Zatrzymała mnie przepaść, ledwo odcinająca się od nawierzchni, po której jechałem. Gdyby tak jechać nocą albo w czasie burzy piaskowej, albo zwyczajnie zapatrzeć się na formy skalne wyrastające dookoła, można z łatwością spaść w taką pułapkę.









Nie chcąc zapuszczać się dalej bez zapasu wody, po prostu zawróciłem, choć nie od razu. Zafascynowany martwą naturą, zadumałem się nad słowem „martwą”. Przecież to nieprawda. To znaczy prawda w znaczeniu przyrodniczym, nauki, jaką znamy. Jednak tu wszystko żyje na swój sposób, choć dla człowieka jednostka czasu, w jakim odbywają się zmiany, jest niezauważalna. Miliony lat, dla piachu, skał i ich kształtowania się do teraźniejszych form, to być może krótko, jeśli można powiedzieć „krótko” o czymś, co nie jest bytem „ożywionym”. Dla człowieka to całe pokolenia. Być może powinno się zweryfikować pojęcie „martwej natury”. Mimo braku żywej tkanki, łańcucha DNA, nazwać tę materię inaczej niż "martwą".









































***

Nawet wczesnoporanne słońce daje się mocno we znaki, mimo że nie mam na sobie ciężkiej, motocyklowej kurtki. Po powrocie z pustyni, a przed wyjazdem w dalszą drogę prysznic. Nie jest to łatwe, bo Ali leje na strop budowy wodę. Pozostało mi chwytać krople, bo ciśnienie bardzo spadło.
Śniadanie. Na śniadanie jajka sadzone, ser biały, chleb, kawa, herbata, arbuz, powidła. Jemy to wszystko na dworze przy stole, siedząc na krzesłach zrobionych z pociętego pnia palmy.
Jeszcze muszę się spakować.
Ruszam z guesthausu o 9:30.



Jest bardzo gorąco, ale nie tak jak się spodziewałem. Wybieram boczne drogi. Mam zamiar też przejechać krótszą o 40 km drogą przez góry.























Na moje szczęście, omijam gdzieś skręt do tego skrótu. Zapomniałem o nim. Góry Kuhbonan zaskakująco zmieniają klimat. Z ognistej pustyni wjeżdża się w zimny(!) region. Zimny znaczy około 20 stopni. Pada lodowaty deszcz. Taki prawdziwy, nie błoto. Góry przykryte są czapą z chmur. Po lewej zimno i deszczowo a po prawej palące słońce.













Od Alego i jego Guesthausu odjechałem na tyle daleko, że czas pomyśleć o tankowaniu. Na głównej drodze, pomiędzy masywami gór, na przedmieściach Mahan, jest stacja benzynowa. Wybudowana pośrodku niczego jak benzynowa oaza. Ruch za to, jak w ulu. Podjeżdżają dymiące ciężarówki, samochody osobowe i motory. Ludzie dyskutują, robią zakupy w sklepie i odjeżdżają i przyjeżdżają. Usiadłem daleko od tego zgiełku na krawężniku, żeby chwilę odpocząć. Już nie pada.

Duszne powietrze oblepia mnie, jakbym był owinięty folią. Nie ma czym oddychać a słońce w zenicie, praży ostrymi promieniami. Woda z drogi paruje w oczach.

***

Mijam stację benzynową, ale tym razem nie tankuję. Przejechałem dopiero 100 kilometrów od tankowania. To takie przyzwyczajenie Europejczyka. Dziś okaże się, że w kraju na ropie stojącym, trzeba korzystać z każdej możliwości dolania paliwa.
Coś mnie podkusiło, żeby w czasie jazdy popatrzeć na bagnet do sprawdzania poziomu oleju. Miejsce wokół niego połyskuje złowrogo. Olej zalał owiewkę motocykla. Muszę się zatrzymać. Zatrzymuje się też jakiś mężczyzna. Jego pomarańczowa ciężarówka marki Mercedes, z łoskotem zjeżdża na szerokie pobocze i zatrzymuje się tuż za mną, wzbijając kurz. Zdążyłem tylko zetrzeć rozbryzgany olej papierem. Mężczyzna po swojemu rozpytuje co się stało, czy trzeba pomocy i zaprasza mnie na czaj. Zapewne też przedstawił się, ale nie wychwyciłem tego. Dużo mówi i uśmiecha się. Rzecz jasna nie rozumiem co mówi, ale i on mnie też nie rozumie. Za to mimo skwaru, duchoty, głodu i wiecznie niezaspokojonego pragnienia spowodował, że czuję, jakbym rozmawiał z najlepszym kolegą na migi. Ponieważ herbaty odmówiłem, człowiek ten niespodziewanie żywo wskoczył do kabiny Mercedesa i wyskoczył z niej za chwilę, z małą butelką Coca-Coli. Wręczył mi ją i chciał odjechać. Pokazałem, że nie mam czym się odwdzięczyć. Machnął na to ręką i widząc aparat fotograficzny, poprosił o zdjęcie. To mogłem zrobić, choć obaj wiedzieliśmy, że zobaczy je tylko raz i tylko na ekranie aparatu. Podszedłem, żeby pokazać, ale ten tylko silnie uścisnął moją dłoń, wskoczył do ciężarówki i machając przyjaźnie, odjechał.



Patrzyłem za ciężarówką, delektując się schłodzonym napojem, jakby to był eliksir życia. Na pustkowiu w prażącym słońcu, to najcenniejsza rzecz, jaką mam przy sobie.
Poprawiłem uszczelkę, którą dostałem od Stana w Przystani Motocyklowej w Bieszczadach i też ruszyłem w drogę.













***

W miasteczku o nazwie, której nie pamiętam, zatrzymuje mnie policjant w Pickup'ie. Ot machnął ręką z jadącego samochodu, kiedy go wyprzedzałem. Za szybko? Nie wolno wyprzedzać? Coś narozrabiać musiałem, skoro zatrzymuje. Nie. Chce porozmawiać. Nawet się to jako tako udało, bo nasz angielski jest na podobnie niskim poziomie. Nie chce dokumentów, tylko skąd, dokąd, jaka prędkość maksymalna motoru, ile kosztuje w dolarach itd.

Olej nadal wycieka spod bagnetu. Znowu muszę się zatrzymać. Nie ma znaczenia gdzie, bo cienia w okolicy żadnego. Wokół kilka chat a w oddali niewielkie stado kóz korzystające z cienia rozłożystej korony drzewa. Zbyt daleko. Ni stąd, ni zowąd, jak spod ziemi wyrasta młody chłopak i próbuje mi pomóc. Dobra rada: Będziesz jechał, to się ochłodzi. Nie zwrócił uwagi, że turysta, że dużym motorem, że akurat w tak nieturystycznym miejscu. Po prostu wydedukował problem i podał na tacy rozwiązanie. Jak się pojawił, tak zniknął. Nawet nie jestem pewien czy był prawdziwy. Uszczelkę wymieniłem na inną, ale czuję, że to niewiele pomoże. Wytarłem, co się dało papierem.

***

Od wielu kilometrów, żółta kontrolka rezerwy paliwa oznajmia, że muszę zatrzymać się na najbliższej stacji. Stacji nie ma. Za to na czek poincie zatrzymuje mnie policjant. Musi być ważny, bo na skinienie przybiegają do niego i robią, co każe w chwilę. Zabrał mój paszport do sprawdzenia. Siedzę na motocyklu na środku betonowego placu. Gorąc niełagodzony podmuchami wiatru w czasie jazdy, przypieka mnie, przedostając się przez nagrzaną kurtkę. Kasku nie ma co zdejmować.











Na drodze leży rozbity arbuz. Zajadają go trzy kozy, które pewno oddzieliły się od swojego stada. Nie mam pojęcia, jak zwierzęta wytrzymują taki gorąc. W końcu przejeżdża ciężarówka, zamieniając arbuza w podłużny, wilgotny ślad po owocu. Kozy odchodzą.
Dowódca wrócił. Oddając paszport, spytał tylko, dokąd jadę. Do Iranshahr. To mu wystarczyło. Mogę ruszyć.



Licznik rezerwy paliwa pokazuje liczbę, jakiej jeszcze nie widziałem na wyświetlaczu. Nie ma szans na dojechanie do żadnej stacji paliw. Już 84 kilometry. Poddaję się. Muszę użyć zapasu. Niezbyt znam się na mechanice. Oczami wyobraźni widzę już, jak pracująca na sucho pompa paliwa zaciera się, zatrzymując mnie na bardzo długo w tej okolicy. Świadkami moich rozterek jest asfaltowa droga, zrujnowany, prowizoryczny stragan i co zadziwiające, niewielkie, ale zielone drzewo. Gdzieś w tle majaczy olbrzymi, wyrastający w górę na 3,5 kilometra wulkan, zwany Kuh-e Zendan.





1,5 galona daje trochę ponad 5,6 litra. Jeśli będę jechał ekonomicznie, pozwoli mi to przejechać ponad 100 kilometrów. To musi wystarczyć. Jeśli nie, będę musiał poradzić sobie inaczej.











Ujechałem 20 kilometrów, zanim zobaczyłem stację benzynową. Nie ma benzyny. Zamknięte. Z wnętrza wyszedł człowiek z obsługi. Poradził, żebym jechał dalej. Za kilometr ma być jeszcze jedna, czynna stacja. Odległość pokazał palcem dłoni. Chyba źle zinterpretowałem znaki, bo minęło 5 kilometrów. Ta też zamknięta. Dopiero jeszcze kilka kilometrów dalej pojawiła się nadzieja na zatankowanie. Przy jednym z dystrybutorów biały samochód. Okna pootwierane, ale właściciela nie ma. Nic się nie dzieje. Po chwili z wnętrza kasy wychodzą mężczyźni zainteresowani przybyszem. Pierwszy, który doszedł do mnie macha rękoma na znak, że tankować nie wolno. Zawrzała dyskusja, a ja mogłem być tylko niemym świadkiem tych rozmów. W końcu jeden z obsługi, ubrany w uniform, chce ode mnie kartę. Przecież kredytowej mu nie dam, bo i tak nie działa w Iranie. Nie. Chodzi o kartę do tankowania. Też nie mam, bo i skąd. Narada rozgorzała mocniej. Nie kłócą się. Raczej dyskutują jak rozwiązać kłopot. W końcu jeden z mężczyzn wyjmuje swoją kartę, podaje ją człowiekowi z obsługi i wrzawa przycichła. To oznacza, że paliwo jest tu prawdopodobnie reglamentowane. Na ziemi, pod którą źródła ropy nie mają końca. Dziwne.
13
Graty TDM / Odp: KUPIĘ FAJKE ZAPLONOWA 4tx 850
« Ostatnia wiadomość wysłana przez bomba105 dnia Lipiec 08, 2021, 22:09:01 »
Oo dobrze wiedzieć zamowilem ori używki jak sie popsują to wiem gdzie szukac  :deadbeer:
14
Kup pan cegłę / [K] czesci zawieszenia suzuki około roku 2000
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Grzeci dnia Lipiec 08, 2021, 20:01:00 »
Jak w temacie.. pytanie troszkę dziwaczne, ale nóż widelec moze ktoś ma w czeluściach piwnicy lub innego garażu...  Poszukiwany na wczoraj  pierścień tłoka przedniego amortyzatora..  taki plastikowy wihajster co kosztuje ori pare zł, tylko trzeba czekać az z Japonii przypłynie.. Jak by ktoś miał jakiś przedni zawias suzukowy szrot zupełny, połamany , zgnity i osrany przez szczury ..  prosze o info. Płacę jak za prezydenta.

sprawa dotyczy małego bandyty, ale większość sruzuków z tamtych lat z lagą 41mm bedzie miało to samo.
15
Graty TDM / Odp: KUPIĘ FAJKE ZAPLONOWA 4tx 850
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Hiszpan_JS dnia Lipiec 07, 2021, 19:53:51 »
Tak, kupowałem. Moje były popękane. Poza tą gumą na deklu zaworów reszta pasuje (ta guma uszczelniająca w sumie też tylko strasznie luźna była). Oznaczenie na fajkach jest takie jak na orginałach.
16
Graty TDM / Odp: Kupię wydechy 4tx
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Piotrek dnia Lipiec 07, 2021, 18:42:01 »
mam mivig czy jakoś tak wyglądają jak oryginały dwa kominy plus środkowa pucha jak byś był zainteresowany to dzwoń 602216610
17
Graty TDM / Odp: KUPIĘ FAJKE ZAPLONOWA 4tx 850
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Grzeci dnia Lipiec 07, 2021, 17:25:55 »
Hiszpan_JS  kupowałeś te faje ?? bo oferta atrakcyjna w porównaniu do 850. Poza gumami wydają sie byc takie same. Tylko czy długość zatrybi ??
18
Graty TDM / Odp: KUPIĘ FAJKE ZAPLONOWA 4tx 850
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Hiszpan_JS dnia Lipiec 07, 2021, 15:56:47 »
19
Graty TDM / KUPIĘ FAJKE ZAPLONOWA 4tx 850
« Ostatnia wiadomość wysłana przez bomba105 dnia Lipiec 06, 2021, 20:57:56 »
Jak w tytule. Kupie fajke zaplonowa do 4tx 850
20
Graty TDM / [K] Kupię lampę przednią do TDM 900
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Sebaa dnia Lipiec 05, 2021, 18:15:52 »
Hello  :police:

Jak w temacie, poszukuję przedniej lampy do TDM 900 - stan obojętny, może być połamana, bez uchwytów, z anglika - jedyny warunek to przedni klosz w dobrym stanie i oczywiście rozsądna cena.

Pozdrawiam

Strony: 1 [2] 3 4 ... 10