Autor Wątek: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.  (Przeczytany 3184 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« dnia: Styczeń 04, 2020, 14:37:05 »
Piorun



Przytrafiło mi się to kilka razy w życiu, kiedy byłem dużo młodszy. Coś kazało mi popatrzeć akurat w tą stronę i akurat w tym momencie. Jedno spojrzenie i nie mogłem oderwać wzroku. Kontemplowałem zjawisko z doskonałą precyzją nie pomijając żadnego szczegółu. W miarę upajania się widokiem, młodzieńczy temperament podgrzewał krew do wrzenia. Oczy przestawały mrugać, puls uderzał po skroniach, a na zimnych dłoniach czułem mrowienie. Potem skupiałem się na jednym, najbardziej spektakularnym szczególe i tak zawieszony bezmyślnie trwałem. W jednym z tych nadzwyczajnych przypadków zdarzyło się, że ofiara mojej fascynacji odwzajemniła spojrzenie. Długowłosa, ruda piękność od niechcenia rzuciła znudzonym wzrokiem "czego chcesz?" a ja ze wstydu spłonąłem w jednej chwili nie wiedząc co że sobą począć.

Mimo dojrzałego wieku, kilka dni temu znów mnie to dopadło. Zobaczyłem ją i zamarłem w tym swoim osłupieniu. Znowu podziwiałem finezyjne kształty, zapierające dech detale, kunsztownie wykonane ozdoby i dostojną harmonię jej całokształtu. Tym razem jednak wiem jak się nazywa. Tym razem było to tylko zdjęcie. Nazywa się Haga Sophia, a zdjęcie przedstawiało ją, pokrytą puchem ze śniegu. Haga Sophia to taki mój symbol miasta, do którego lubię wracać. Zamieszkać w tanim, brudnym otelu przy brukowanej, zaśmieconej ulicy ze sklepikami i straganami dla miejscowych. Wałęsać się po zaułkach starych kamienic zajętych przez biedotę i napływowych imigrantów. Liczyć bezpańskie psy odpoczywające na małym placu przy ruchliwej ulicy. Z mostu Galata patrzeć na bogactwo nowoczesnego megalopolis ze szklanymi wieżowcami. Rano maczać świeży chleb w ostrej jak żyletki ciorbie, razem z mężczyznami zajadającymi przed pracą.
Mam wiele wspomnień stamtąd. Z wiosny, lata i jesieni. Pamiętam zapachy i miejsca. Tym razem nie opuszczę wzroku ze wstydem. Spróbuję popatrzeć na nią od środka.
P.s.
Na zdjęciu jest błąd. Powinno być "jestem". Właściwie "będę". Albo raczej "może będę" z dopiskiem "chyba".



Dzień rozbiegowy

20 grudnia 2019

- Schowajcie to. Schowajcie. Przecież zapłaciliśmy - mówi podstarzała otyła kobieta z blond włosami. Właściwie to zwisające smętnie strąki do ramion. Kiwając się na boki, podchodzi do stolika, wyciąga dwie pulchne dłonie zaciśnięte na dziesiątkach podłużnych saszetkach z cukrem. Biesiadnicy posłusznie podzielili między sobą łup zmyślnej kobiety i skrzętnie skryli swoje skarby po kieszeniach. Za pół minuty drzwi McDonalda zamknęły się za nimi. Na parkingu przed wejściem zabłysnęły pomarańczowym światłem kierunkowskazy BeeMWu X6 na znak, że jest gotów zabrać swoich słodkich właścicieli w dalszą podróż.
Kawę wypiłem gorzką jak zwykle.
Zatrzymałem się tu bo popołudniowe jeżdżenie zmroziło mnie na kość. Droga, poza odcinkiem wyjazdowym z Warszawy jest świetna. Przede wszystkim jest sucho co mnie bardzo cieszy. Jednak ruszając miałem nad sobą jeszcze przez jakiś czas słońce. Kiedy się przedwcześnie schowało za horyzontem, wszystko we mnie skostniało a wiatr zapachniał przymrozkiem. A może mi się tylko zdawało. Przydrożny termometr pokazał 6 st. W każdym razie zimno jakie mną trzęsło spowodowało, że zacząłem myśleć o powrocie. Teraz jest 6 i nie daję rady to co będzie kiedy będzie mróz - myślałem.
Zsiadam z motocykla i w przeszklonych drzwiach widzę siebie... porozpinanego. Kurtka nie łopotała w czasie jazdy bo zapiąłem ją na jeden suwak do połowy... Cóż. Zostawię to bez komentarza  :D
Po cukrowej historyjce, po podwójnym espresso i szklaneczce wody wsiadłem na motocykl i... jeszcze nie zawrócę.
Zapiąłem kurtkę jak trzeba, dołożyłem na dłonie drugie, cienkie rękawice. Przypomniałem sobie też, że mam tutaj grzane manetki. I wszystko stało się inne. Ciemność nie była już taka ciemna. Wiatr już tak nie przesuwał mnie po drodze. Jakby więcej kierowców widziało motocyklistę.
Dzień (tylko z nazwy. Wszak jest ciemno cały czas  :) ) kończę w Rzeszowie. Temperatura około 25 st. Suche powietrze. Bezwietrznie.
Na zewnątrz trochę chłodniej, wilgotniej i wietrzniej.
Dziś nie zawróciłem ale może jutro?



Dystans 360km
Średnia ruchu 66,8 km/h
Czas ruchu 5:23h

"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 05, 2020, 10:16:45 »
 :deadtop4:

Dzień testowy


21 grudnia 2019

Testowałem na sobie autostradową jazdę. Nadal tego nie lubię. Kropka. Tyle, że drogi które lubię mają pełno zakrętów a w taką pogodę daleko nie zajadę. No i zaraz będzie padało. A jak pada to jeżdżę kwadratowo.
Że nie jadę jak zazwyczaj dla samego szwendania tylko do celu, kupiłem "matricę" na pierwszej stacji na Węgrzech i wjechałem na autostradę. Za chwilę zaczęło padać. Jak na chwilę przestało to i tak padało, bo koła samochodów unosiły w powietrze to co przed chwilą spadło. Przejechałem dziś trochę ponad 600 km z czego połowę w niezbyt ciepłym deszczu. Nie przeszkadzało mi zimno. Ani to, że samochody mijają mnie tuż przy łokciu. Ciemność też nie. Tylko to jednostajne uderzanie kropel w kask. Zawsze w tej samej tonacji. Monotonne, mokre buczenie.
Przemokły nieprzemakalne buty, takie same rękawice i nawet kask. Za to mam bardzo dobre przeciwdeszczówki. Przeciweszczówki SĄ nieprzemakalne.


Po drodze zwiedziłem kilka stacji benzynowych, jeden parking i jedną prawdziwą granicę.


Śpię w Suboticy w Serbii w motelu o - jak to nazwał nasz kolega, który kiedyś tu nocował - dobrym stosunku ceny do jakości  :deadbandit:
W pokoju jest około 30 st. Pod prysznic nie odważyłem się wejść bez specjalistycznego obuwia. Pokój ma ściany oblepione tapetą pomalowaną na kolor którego nie potrafię nazwać. W knajpie na dole można palić. Tak jak kiedyś u nas. Jest przaśnie, swojsko i obrusy są czerwone w kratę. Chyba jestem jedynym gościem bo pies właścicielki pilnuje tylko mnie mimo, że zapłaciłem z góry.


Dostałem prawie ciepły gulasz, wielki chleb i popielniczkę. Bardzo mi tu klimat odpowiada.


Dystans 657km
Średnia ruchu 75km/h
Czas ruchu 8:46h


803 kilometry do celu

22 grudnia 2019

Słońce o tej porze roku nie zawsze oznacza ciepło. Za to zawsze oznacza dobry nastrój.
Może dziś dojadę do Nisz.


Stary silnik Iveco miarowo terkocze wlokąc się po mokrej od niedawnego deszczu autostradzie. Pędzące auta wzniecają tumany mgły osiadającej na szybie. Wtedy kierowca przesuwa odpowiednią gałkę a wycieraczki posłusznie rozmazują breję jeszcze bardziej.
Miliar rozumie po rosyjsku. Stąd wiem, że jedziemy do jego syna. Syn też jest motocyklistą.
Po 25 kilometrach zjeżdżamy z autostrady do Cuprija. Mlinar wyłącza silnik. Tylko jedna posesja na całej ulicy jest oświetlona…

-----------------------------------
Piękne chmury. Zatrzymam się tu. Dam odpocząć plecom po kilkugodzinnym zmaganiu z porywistym wiatrem. Tarmosił mną po całym pasie. Nie dziwne, że motocykl tyle spalił benzyny. Jadę cały dzień pod silny wiatr.


Pusty parking. Wokół żywej duszy. Wzdłuż w równej odległości od siebie stoją trzy tojtoje. Jeden ma wyrwane drzwi a w środku… Zgoda, oszczędzę Wam szczegółów. Jest tu tez dużo wielkich koszy uplecionych z grubego drutu. Wszystkie pełne do połowy. Wiatr tak silnie wieje, że zabiera co w środku i rozsiewa po okolicy. Co jakiś czas podjeżdża samochód. Każdy wyrzuca do kosza swoje odpadki a wiatr robi swoje. Trudno utrzymać się na nogach. Nie mówiąc o zapaleniu papierosa. Ograniczam się do marcepanu który dostałem w Polsce i zabrałem ze sobą na „czarną godzinę”. No wybiła. Wszak jest popołudnie a ja tylko po śniadaniu.
Jednak nie zrobię tu zdjęcia. Chmury zdążyły zgęstnieć. Nie wyjąwszy nawet aparatu zapinam się, kask na głowę, kluczyk przekręcony, starter w ruch i... Motocykl zachechłał po swojemu ale nie odpalił. Chciałem powtórzyć ale tylko kontrolki zamrugały złowieszczo. Potem już i tego nie było.
Po tych kilku dniach spędzonych na wyprzedzaniu albo na dawaniu się wyprzedzać, jest to mimo wszystko jakieś urozmaicenie. Odkręcam osłonę silnika.


Akumulator na miejscu. Klemy dobrze dokręcone tylko ciepły jest. Nawet silnik na tym wietrze zdążył wystygnąć a akumulator ciepły. Z boku główny bezpiecznik i przekaźnik rozrusznika. Wyrywam kostkę, gmeram przy kablach, sprawdzam bezpiecznik 40A. Wszystko jak trzeba. Odkręcam i dokręcam kable prądowe. Może zaśniedziały. Kontrolki na zegarach ożyły ale pulsują tylko i słychać terkotanie jakiegoś przekaźnika przy lampie.


Wiatr jakby zelżał nieco. Nie muszę opierać się jego podmuchom ale w to miejsce zaczęło padać. Zacinać właściwie. Najpierw pokropiło a potem ulewa. Znów przeciwdeszczówki na siebie. Dziwnym trafem na wielkim parkingu pośrodku niczego jest WiFi. Piszę do Szparaga. On zna KaTeeMa na pamięć. Tłumaczy mi co i jak sprawdzić. Nie obyło się bez rugania. Nie mam ze sobą ani przewodu żadnego ani zapasowego regulatora napięcia ani miernika. Amatorszczyzna. Mam za to kable rozruchowe.
Wczytuje się w instrukcje i pytania pomocnicze ale coraz trudniej odpisywać. Zalany wodą telefon nie reaguje na palce. No to wycieram Szparaga o koszulę o rękę i znów o koszulę. Schylam się jak zdziwiony grzybiarz, żeby chronić telefon przed wodą. Teraz mogę pisać.
Diagnoza – padł akumulator. Prawdopodobieństwo 80%. 20% idzie na konto regulatora napięcia. Trzeba szukać samochodu. Podpiąć się kablami i spróbować odpalić. Rozłączam się, żeby oszczędzać baterię w telefonie. Być może przyda się do oglądania poradników survivalowych  O0
Nieopodal zatrzymuje się któryś z kolei samochód. Opel. Jakiś van. Wysiada zarośnięty drab ogorzały na gębie. Za nim dwie niewiasty i jeden normalny mężczyzna. Kierowca zostaje w samochodzie a drab idzie do tojtoja bez drzwi. Mijam olbrzyma kiedy ten wypełnił już sobą małą, śmierdzącą budkę. Wypełnił dosłownie. Czy to możliwe, żeby człowiek był tak duży? Oddalając się, słyszę coraz ciszej chlupanie przepełnionego zbiornika.
Kierowca Opla vana jest chudy i raczej mizernej postury. Tego też pytam o prąd, baterię, energię i wskazuję na jego auto. Chwycił w lot i od razu proponuje pomoc. Przestawił auto na ile blisko się dało. Maska w górę i na to przychodzi olbrzym. Widząc, że potrzebuję pomocy uśmiecha się nawet życzliwie pokazując swoją ludzką stronę. Niestety wyciąga do mnie dłoń, żeby się przywitać. Wiemy gdzie był przed chwilą  :deadgrin: Ale nie jestem groszy. Ręce mam mokre i ubabrane w KaTeeMowym brudzie.
- Iwan – mówi gniotąc mi dłoń swoim imadłem. Wszyscy są z Bułgarii i bardzo cieszyli się kiedy wspomniałem, że miałem zamiar odwiedzić ich krainę.
Kable rozruchowe niczego nie wniosły w zdrowie motocykla. Już mamy się żegnać, kiedy Iwan pokazuje na latarnię. A na latarni naklejka z numerem telefonu do pomocy drogowej. Wybieram numer i podaję telefon kierowcy. Dość mam dłoni Iwana  :deadgrin: Ten mówi do słuchawki o co chodzi i gdzie jestem. Wszyscy razem odgadujemy numer widniejący po drugiej stronie autostrady, żeby sprecyzować namiary. Bułgarzy odjeżdżają po serdecznym pożegnaniu.
Jest już ciemno. Słońce dawno zaszło i choć w epicko pięknym stylu, nie w głowie mi było fotografowanie.
Za 20 minut obok mnie zatrzymuje się stare Iveco. Wysiada z niego dwóch mężczyzn w odblaskowych ubraniach. Ładujemy obelisk na pakę i ruszamy anemicznie w nieznane.


Jest niedziela. Uświadomiłem to sobie pisząc do Szparaga.
Tu przecież też jest niedziela. Jednak i na to moi serbscy ratownicy są przygotowani. Miliar jeździ pomocą drogową i jest ojcem Saszy. Sasza prowadzi wulkanizację, myjnię, warsztat i oczywiście elektrykę samochodową. Na dodatek ma nad warsztatem pokoje do wynajęcia.


Sasza ustala, że akumulator jest do wyrzucenia. Motocykl odpala od samochodowego od razu. Jutro przyniesie swój motocyklowy zanim kupi nowy. Jeśli zadziała to po sprawie. Sprawdzi też regulator napięcia. Wiem już nawet gdzie jest sklep całodobowy.
Tak więc pisze te słowa zajadając kabanosy z wielką bułą z pokoju nad warsztatem w Cuprija. Czekam co będzie jutro.


Dystans 387km
Średnia ruchu 76km/h
Czas ruchu 5:05h
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 06, 2020, 09:30:48 »
 :deadtop4:

Jadę stąd
23 grudnia 2019

Chyba pojadę z Yuasą ale słabszą, starą i dedykowaną do BeeMWu.


Nie pojadę z nim. Jest z 2011 roku i nie chce się naładować. Na szczęście moja łagodna argumentacja dotarła do młodego człowieka z walutą zamiast oczu.
Na śniadanie kabanosy z bułką. Kiedy "dogadałem się" w sprawie ceny za całość usługi zapragnąłem kawy. Ponieważ wszyscy są tu bardzo gościnni i nie liczą na zysk, kawę mogłem przyrządzić sobie sam. Umyłem porządnie kubek z różności i z fusów, sypnąłem coś z puszki i mam. Kawa to podstawa  :deadgrin:


420 km do celu

Okazało się, że tak zwane błędy w tłumaczeniu doprowadziły do małej pomyłki. Miał być akumulator Yuasa a przyjechał ze sklepu LP w cenie Yuasy... Napisano na pudle, że holenderski. Pojeździmy, zobaczymy. Włożyłem na miejsce. Póki co działa jak powinien. Ładowanie jest, więc reszta motocykla w porządku. Zapłaciłem.



Przy składaniu wszystkiego tylko raz się oparzyłem. Kiedy spakowany odjeżdżałem, wszyscy w cudowny sposób zniknęli mi z oczu. No to powiedziałem w powietrze „cześć” i ja też zniknąłem.

Dzień motocyklowy zacząłem dopiero po trzynastej. Cały czas pada. Zatankowałem zanim wjechałem na autostradę. Wczoraj silnik potrzebował ogromnych dawek, żeby pokonać porywisty wiatr.
Mijając parking na którym ugrzęzłem wczoraj, tylko się uśmiechnąłem pod nosem. Uśmiechnąłem się bo się pomyliłem. Tojtojów jest pięć a nie trzy. W górach, choć jechałem niezbyt wysoko, czuć w powietrzu zimno. Myślałem, że to przymrozek ale termometr uliczny pokazywał 6 stopni. Może to przez wilgoć.
Granica serbsko – bułgarska zatrzymała mnie tylko na kilka minut. Zatrzymała też deszcz.



Jestem w Plovdiv w pokoju do którego wchodzi się bezpośrednio z zewnątrz. Nowy akumulator postawiłem razem z motocyklem pod samymi drzwiami, choć łatwo nie było bo krawężnik arcy wysoki  :)
Pusto tu jakoś. Gdzie są ludzie?





Dystans 573km
Średnia ruchu 82.8km/h
Czas ruchu 6:55h


Jestem tu

24 grudnia 2019

Pierwszy dzień pogody motocyklowej. Dawno tak nie cieszyłem się z suchego asfaltu, zakrętów choć to nie górskie serpentyny i wyprzedzania bez ostrożnego dodawania gazu.
Może ciepło jak latem nie jest, może wiatr mocny ale chmury wreszcie rozpierzchły się i zobaczyłem błękit nieba. Pojawiły się zapachy i do odcieni szarości i brązu doszła soczysta zieleń i ... owady.



Na granicy Bułgarzy przepuszczają wszystkich sprawnie. Turcy natomiast zrobili sobie kolejkę. Mają więcej okienek. Moja kolejka przemieszcza się najwolniej. Turcja się zmienia. Być może nawet europeizuje. W okienku kobieta.


Nawet nie myślę o tym, żeby wcisnąć się gdzieś z przodu. Turcy są dość… dynamiczni werbalnie kiedy są zniecierpliwieni. A są, bo kiedy jeden kierowca zaczął trąbić, trąbić zaczęli wszyscy.
Już byłem na tej granicy, kiedy umówiłem się z bratem w Stambule pewnej wiosny. On samolotem do Saloników w Grecji a potem stopem do Stambułu a ja motocyklem. Wtedy jechało mi się tak dobrze, że przyjechałem na granicę za wcześnie. Wiza miała zadziałać od północy. Rozłożyłem więc matę na betonie, wlazłem do śpiwora w ciuchach motocyklowych i tak przespałem do rana schowany za motocyklem.
Rozmyślając o tym patrzyłem przed siebie na wyłaniający się zza budynku odprawy, biały meczet.


Jest dla mnie symbolem odmienności kulturowej. Pierwszy biały meczet na drodze. Nie wiem jak to lepiej określić. Nie chodzi o religię, poglądy czy inne wartości. Za każdym razem kiedy tu jestem, dzięki tej budowli mam świadomość, że jestem dalej niż zwykle od swojej codzienności. To coś jak znak drogowy oznaczający koniec zakazu wyprzedzania.
Skoro jestem przy sentymentalnych wspominkach. Po odprawie i kontroli bagażu od razu kiedy się dało zjechałem z autostrady. Znam tą drogę doskonale. I lubię ją mimo, że przypomina autostradę. Jest tak samo szeroka tylko ma różne ograniczenia, dużo stacji benzynowych, po drodze miasteczka. Od granicy jest coś ponad 200 km do mojego otelu. Szlak wspomnień.
To tu kilka lat temu złapałem pierwszego w życiu kapcia. 40 stopni w cieniu. W okolicy żadnych zabudowań nie licząc kładki nad drogą. Cienia też nie ma. Bez doświadczenia, zielony jak żaba naprawiłem koło w dwie godziny. W dwie, bo zapomniałem założyć taśmę ochronną na felgę i musiałem jeszcze raz  :)
Dalej. Stacja benzynowa po przeciwnej stronie. Tutaj dowiozłem brata kiedy rozstawaliśmy się po wspólnym łazęgowaniu po Stambule. Przywiozłem go na tą stację 90 km od centrum. Tu miał większe szanse złapać „stopa” na powrót. Była wiosna, jechał w czapce i okularach, trzymając w jednym ręku swój plecak. Od tamtej pory ma bardzo silną jedną rękę ale nie ma w niej czucia kiedy trzeba zrobić coś pożytecznego  :)
Następna stacja a przy stacji cukiernia. Wracając z Kaczorem ze Stambułu, zatrzymaliśmy się na herbatę bo rześko było. Pani herbatę podała a Kaczor ciach na stół swoją baklawę w różnych odmianach.
Mijam też miejsce, gdzie po trudnej, błotnej przeprawie w Rumunii zdzierałem i płukałem błoto z motocykla i z siebie, żeby wyglądać na człowieka :) Jechałem wtedy do Iranu a brat towarzyszył mi aż do Gruzji.
Wystarczy wspominek.
Stambuł zaczyna się właściwie 40 km przed centrum i zapewne ciągnie się 40 km po stronie azjatyckiej. Megalopolis. Ostatnie kilometry miałem przejechać jak zwykle w potężnym mega korku. A tu niespodzianka. Przemknąłem jak po Warszawie w niedzielny poranek.
Pokój mam ten co zwykle. Z widokiem na ulicę.



A! Zapomniałbym. W barze pokazałem co chcę zjeść. Kucharz to na talerz. Na drugi talerz ryż z fasolą a na trzeci surowa cebula i ostre zielone papryczki. Mięso. Uwielbiam. Pierwszy kęs i… oj, nie mięso. Zamówiłem niechcący kurze żołądki. A myślałem, że są n i e z j a d a l n e  :)
Nowy akumulator razem z motocyklem zostawiłem na noc przy wejściu do otelu.


Czuję się tu jakbym wrócił a nie przyjechał.


Dystans 421km
Średnia ruchu 80.6km/h
Czas ruchu 5:13h
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #3 dnia: Styczeń 07, 2020, 15:00:57 »
 :deadtop4:

Cukier

25 grudnia 2019



Lubię usiąść w jednym miejscu i zapatrzeć się w to co wokół, nie zwracając niczyjej uwagi.
Tutaj świąt, choinek, Mikołajów nie ma. Dzień jak co dzień.
Z chrzęstem otwierają się rolety sklepików. Po brukowanej ulicy terkoczą kółka wysłużonych wózków tragarzy. Na razie są puste. Samochody mijają się na milimetry a kierowcy trąbią na siebie czy to w geście pozdrowienia czy przestrogi albo zniecierpliwienia. Jakiś mężczyzna niesie na głowie wielką tacę pełną kanapek, które zapewne przyrządzał od świtu. On albo jego żona. Będzie je sprzedawał w tym samym miejscu co zwykle. Ktoś inny zatrzymał się na chwilę, żeby zażyć leki z pudełka. Krzycząc na całe gardło, trójka umorusanych dzieci szarpie się o plastikowy kijek. To surimi. Chyba tak nazywa się tutaj dzieciaki z pochodzące z cygańskiej biedoty. Mogę jednak źle pamiętać. W powietrzu unosi się zapach ciętego metalu diaksem zmieszany z pieczonym na ruszcie kurczakiem i spalinami nie chcącego odpalić skutera. Jeszcze przed chwilą na tym skuterze przyczaił się kot, próbując polować na gołębia. Gołąb zwabiony okruchami, nieopacznie zleciał ze swojego stanowiska na drutach, uwieszonych gęsto na wysokości dachów. Ulica ta sama ale wszystko zmienią się jak w kalejdoskopie. A ja znikam ale jestem. Jak kostki cukru w mojej herbacie. Tracą swój kształt ale przecież wciąż tam są.


Uwaga nicpoń!

Po pierwsze zadbać o sprzęt. Taka zasada moja. Bez tego w jakim by się stanie nie było, dalej się nie pojedzie, ani nie wróci. Połowę drogi jechałem z zapowietrzonym hamulcem tylnym. Skorzystałem z rekomendacji i zamiast do znanego mi ASO pojechałem do chłopaków z Bakırköy Moto. Znalazłem punkt na moim GPS i w kilkanaście minut byłem na miejscu. Że sprawa prosta to też zajęła kilkanaście minut. Ale kawę wypić zdążyłem. Kawy nigdy nie odmawiam, nawet jak się mnie nią nie częstuje - a co dopiero kiedy częstuje  :deadbandit:




Słowo o paliwie. Benzyna w Turcji na dzień dzisiejszy jest tańsza niż w Polsce. W takim razie informacje o drożyźnie w tym względzie, uznajemy za mitologię przeszłości. Choć może nie mitologię bo pamiętam czas, kiedy płakałem i płaciłem 8,50 zł za litr po przeliczeniu O0 Teraz za litr zapłacimy 4,47 zł. Koniec wymówek!
Akumulator i doczepioną do niego resztę uważam za przygotowane do powrotu. Niech stoi i czeka na swoją kolej.

Po drugie zadbać o siebie. Pomaszerowałem na Bazar Egipski po kawę. Nic się nie zmieniło. Masa ludzi, turyści jak ja, nawoływania sklepikarzy, zapachy przypraw przyprawiające o zawrót głowy i żołnierze przy bramkach wejściowych pilnujący czegoś.




Uciekłem szybko i wbiłem się w rzekę ludzi poza budynkiem. Z tej rzeki w prawo bo jakby inne, wolne życie tam trwało. Przed wejściem siedzi na krzesełku młody człowiek. Zamyślony jakiś. A w środku małe pomieszczenie a w nim wielka miedziana (chyba) maszyna. Nad wejściem szyld Turkish cofee. Ulica nazywa się Hicaz. Jak się nie zatrzymać? W środku miejsca na dwie osoby. Proszę o kawę i pozwolenie na zdjęcie. Kawiarz ochoczo przytakuje.




Nie pozwalają mi zabrać kawy. Kawiarz wyprowadza mnie na uliczkę, sadza na plastikowym taborecie a kawę stawia na małym drewnianym stoliku przykrytym tradycyjnym, grubym materiałem w pasy. Mogę wygodnie oprzeć się o ścianę i delektując się niepowtarzalnym aromatem pisać w notesie i patrzeć na niekończący się zalew ludzkich ciał metr ode mnie.


W krótkich chwilach przerwy tego korowodu, widzę starca sprzedającego ostrzałki do noży. Znam go! To znaczy widuję za każdym razem kiedy jestem w tym mieście. Wcale się nie zmienia ani nie starzeje. Tylko miejsce swojego biznesu zmienia. I zawsze jest tak samo poważny, nawet kiedy sporadycznie pokrzykuje zachęcająco na przechodniów swoim starczym głosem. A może on wcale nie jest taki stary?


Ściemniło się. Zamykają. Powoli wracam do mojego otelu, po drodze objadając się słodyczami.











I jeszcze o próbie przejęcia mienia. Jak wiecie motocykl zaparkowałem przy samej witrynie otelu. Na dodatek pracownik postawił swój samochód tak, że nie sposób dojrzeć motocykl nie szukając go wzrokiem. A jeszcze na dodatek założyłem blokadę z alarmem którą dostałem w prezencie od niejakiego Kaczora. Kaczor widać zna się na zabezpieczeniach bo dziś blokada się przydała  :deadbandit:
Niski chudzielec, wychodząc z pobliskiej apteki rozejrzał się i jego uwagę przykuła odblaskowa rzecz przy tylnym kole motocykla. Obserwowałem go od pewnego czasu chcąc zrobić zdjęcie, kiedy ten będzie w pobliżu. Tylko, że jak pisałem, właśnie wszedł do apteki.
Człowiek ten niewiele myśląc, zwrócił swoje bose stopy w kierunku seledynowego wabika. Najpierw nieśmiało, a potem z coraz większą pewnością wtargnął między witrynę otelu a samochód. Chudy to się zmieścił.


Kuca błyskawicznie przy świecidełku pokazując czarne jak smoła pięty. Szarpnął, jednak za słabo przytrzymał, a śliska powierzchnia blokady sprawiła, że dłoń puściła i trachnął na zadek. Zdziwiony chciał zrobić drugą próbę ale w tym momencie zapiszczał na krótko alarm, a potem rozwył się na dobre.


Złoczyńca zdębiał na ułamek sekundy ale instynkt kazał mu uciekać. Błyskawiczny zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i… wpada na mnie celującego obiektywem aparatu. Widziałem jak oczy robią mu się wielkie jak spodki. Wywinął się jak piskorz między mną a ścianą i już był poza pułapką. Jak na kilkulatka zrobił to naprawdę błyskawicznie. Inna rzecz, że nie miałem zamiaru go łapać. Zdjęcie nie wyszło bo założyłem manualny obiektyw i nie spodziewałem się intruza tak blisko  :deadbandit: Na koniec zatrzymał się w bezpiecznej odległości i podskakując w miejscu zaczął machać w niekontrolowany sposób swoimi chudymi rękoma, jednocześnie kiwając głową w górę i w dół. Zwiał na dobre dopiero jak zrobiłem krok w jego kierunku bełkotliwie udając że mówię po Turecku  :police:



Zobaczyłem właśnie jak wygląda zadowolony z siebie dzieciak z ulicy. Biegają tu boso chmarami, dokuczając przechodniom i wieszając się tylnych wycieraczek przejeżdżających samochodów. Eh… beztroskie dzieciństwo… Dzieciak przypomniał mi ile mam lat za sobą i że kiedyś każdy z nas miał swoje „ulubione zabawy” Pokazał też, że dzieci bieda nie dotyczy, póki nie są głodne. One wszystkie zawsze są w stanie emocji. Przeważnie śmieją się i żartują, czasem wykłócają się poważnie o błahostki, a czasem beczą zawodząc nad wyrzuconym do Bosforu klapkiem.

Na koniec dnia herbata z dwoma kostkami cukru.


P.s.
Na zdjęciu z leżącym psem jest napis. Znaczy on mniej więcej „cukrowy mistrz”.
P.s. 2
Leje. Ale wszystko w porządku. Wszak akumulator pod motocyklem :)
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #4 dnia: Styczeń 08, 2020, 20:13:11 »
 :deadtop4:

Interesy


26 grudnia 2019


Pada. Nie, leje jak z cebra. Mimo to idę poszukać specjalisty od szycia rozłażących się kurtek. Bezskutecznie.






Nawet rymarz mnie zbył. Wróciłem z poszukiwań i … przestało padać. Ten profesjonalny szef na zdjęciu to moja robota  :deadbandit:


Żeby mieć w czym trzymać aparat, zabrałem ze sobą bardzo niewygodny nibyplecak fotograficzny, który przewiesza się przez siebie i ma tylko jeden pasek na ramię. Ani to wygodne ani pojemne. Wczoraj zbadałem rynek plecakowy na bazarze. Rozmawiałem też z jednym wyspecjalizowanym handlarzem na migi o kilku modelach. Polecał wszystkie. Nie sądzę, żeby miały coś wspólnego z jakością ale za to mają po dwa paski na ramiona. Dziś poszedłem negocjować. Negocjacje polegały na pokazywaniu sobie różnych cyfr na kalkulatorach w smartfonach. Każdy liczył na swoim, jakby liczyły inaczej. Co jakiś czas jeden z nas wydawał z siebie coś jak „nooooo” „eeeeee” itd. Po pięciu minutach zaskoczyłem sprzedawcę swoją ostatnią kartą przetargową.
- Ja ci oddam swój plecak a ty mi sprzedasz za 80 swój.
I to samo pokazałem organoleptycznie, bo przecież żaden z nas nic nie rozumie. Zdębiał, zbystrzał, zawahał się i … dobiliśmy targu. Od tej pory ożywił się w słownictwie i nazywał mnie boss póki nie poszedłem  :deadbandit:
Tak stałem się posiadaczem wygodnego, taniego plecaka.
Z nowym plecakiem poszedłem na most Galata. Co to za most, można sobie wyszukać w Internecie.





Zawsze fascynowało mnie jak wielu ludzi łowi tu ryby. Nie robią tego dla przyjemności. Nie widać jakiejś szczególnej radości ze złapanej sztuki. Ci ludzie w ten sposób zarabiają na życie. Złowione ryby przetrzymują w wiaderkach a potem odsprzedają do pobliskich restauracji. Idę o zakład, że mają swoich stałych odbiorców.


Dziś pierwszy raz jednak widziałem wędkarzy tak wielu. Może to sezon na jakiś droższy gatunek?






Jest tu wiele bezpańskich psów. Wałęsają się po ulicach. Większość zakolczykowana jak u nas krowy. Nie wyglądają na zagłodzone i nie są agresywne. Maja nawet swoje budy na trawnikach. Żyją tu razem z kotami, których jest jeszcze więcej.



Najwięcej jest jednak ptaków. Do tej pory dziwię się jak to możliwe, że wróciłem z tej przechadzki bez kleksa na ramieniu...






Widziałem też baśniową wiedźmę :)


I kilka luźnych ujęć.










Bębny


27 grudnia 2019

- Haga Sofia? – zagajam starszego mężczyznę, który właśnie przestał zaglądać do przepełnionego śmietnika.
- Tam – wskazuje gdzieś za mnie, czarną jak węgiel dłonią. Przy tym mówi po turecku, zapewne potwierdzając swój gest.
-------------------------------
Zgubiłem się dziś dwa razy. Taki ze mnie znawca Złotego Rogu. To właśnie pierwszy raz. Mając zamiar przypomnieć sobie ulubiony widok z placu przy meczecie Sulejmana, skręciłem w wąską uliczkę pnącą się stromo pod górę. To miał być taki skrót.
W połowie drogi odrzuciłem przed chwilą zapalonego papierosa. Wiem. Po naszemu to śmiecenie. Nieładnie. Ale uliczka, którą się wspinam, nie rości sobie żadnego prawa do czystości. Stare budynki straszą od lat nie reperowanym tynkiem. Deski elewacji poczerniałe od deszczu i słońca, wyglądają jak zrobione z podkładów kolejowych. Miejsce po zburzonym domu ogrodzone częściowo blachą. Nie da się zajrzeć. Jest też spalony dom. Stoi tak ledwo podtrzymując się na resztkach drewnianych, osmalonych kolumn. Widziałem go wcześniej. W środku cegły zwalonych ścian, śmieci i przycupnięty w kącie kot. Chyba poluje. Wyżej, budynki mają zabite deskami wejścia albo szare, porwane i smętnie zwisające za parapet firanki. Wyglądają jakby chciały wyskoczyć i skończyć swój i tak już skończony żywot. Gdzie nie ma firanek, są zardzewiałe i obłupane z farby kraty a za nimi poupychana tektura i co znalazło się pod ręką. Kable bezładnie zwisają przy ścianach, tworząc swoistą, rzadką pajęczynę.
Nie słychać tu odgłosów miasta ani nawet ptaków. Nie ma wiatru, nie ma ludzi. Nie rozrabiają dzieciaki i nie ma sprzedawców papierosów na sztuki. Nawet śmieci porozrzucane pod ścianami są jak z dawnej epoki. Nie ma puszek, butelek plastikowych i papierków po batonach. Jest gruz wysypujący się ze starego worka, połamane deski, zmoczona wielokrotnie deszczem tektura i porwana marynarka albo kurtka. Trudno rozpoznać. Przy krawężniku porzucony biały van straszy wyłupanym reflektorem. Przez miejsce po drzwiach wysypują się śmieci. Tak jak marynarka i firanki, pewnie zostanie tu już na zawsze.


Zadziwiające, że żadna roślina nie chce tu rosnąć. A zawsze przecież takie miejsca porasta choć źdźbło trawy albo przynajmniej mech. Mam wrażenie, że moje kroki zaburzają ten śmiertelnie przygnębiający obraz byłej ludzkiej egzystencji. A jednak ktoś tu musi być. W powietrzu poczułem ostry swąd palonej gumy czy plastiku. Idę za zapachem dymu na samą górę. I tak nie mam wyjścia. Jest przecznica. Ta ulica niewiele odbiega od poprzedniej. Zmieniło się tylko to, że pod górę idzie kobieta a niektóre domy wyglądają na zamieszkałe. Ktoś wywiesił pranie.



Nawet natknąłem się na jedną gospodynię. Jej córka zza krat okna dowcipkowała sobie ze mnie ale mam na takie okazje świetną broń. Aparat. Jak go zobaczyła tak zniknęła zatrzaskując z hukiem stare okno.



Prowadząca w dół droga pokazuje w oddali nowoczesną cywilizację. Co za dysonans. Ludzie żyjący w slumsach codziennie patrzą na piękne meczety, szklane wieżowce, most metra i wszystko inne co przynależy się tylko tym, którym udało się w życiu poradzić sobie z Systemem.




Zajrzałem za jeden z blaszanych płotów i osłupiałem. Mężczyzna wypasa tam kaczki i kury. Chyba mieszka z rodziną w budzie, czy w baraku zbitym z desek, dykty i innej, nierozpoznawalnej substancji. Prowizoryczny dach przykrył brezentem, żeby nie padało do środka. Z dachu wystaje rura a z niej sączy się szaro-czarny dym. To ten dym czułem na opustoszałej ulicy z wrakiem samochodu. Pojawiły się rośliny. Są w takim samym stanie jak reszta. Pokryte pyłem, zszarzałe i bez wyrazistego koloru… Być może w tej okolicy mieszka dzieciarnia, która czasem rozrabia przy moim otelu. Mają blisko do innego świata „mojej” ulicy i wszystkich miejsc odwiedzanych przez turystów.


Jak nagle wszedłem do tego przygnębiającego miejsca, tak nagle wyszedłem z niego i znalazłem się tuż przy meczecie Sulejmana. Z chciwością patrzyłem na panoramę miasta. Z tej perspektywy z daleka zdaje się być makietą. W tej skali nie widać pędzących samochodów, ludzi, bezpańskich psów, biedy, bogactwa, radości, smutków, śmieci walających się po ulicach, tragarzy ani pośpiechu w jakim żyje każda aglomeracja. Nie słychać klaksonów ani nawoływania straganiarzy. Nie czuć spalin ani smażonej ryby ani przypraw.






Tu też przyszło dużo ludzi ale nie przeszkadzają mi ani samym sobie.





Między turystami w tę i z powrotem chodzi kobieta. Próbuje sprzedawać chusteczki higieniczne. Jednak nikt nie chce jej zauważyć. Jest niewidzialna wśród ludzi którzy przyjechali tu, płacąc ciężkie pieniądze biurom podróży. W końcu zmęczona przysiada na chwilę. Spokój.



Mieszkają tu papugi. Zauważyłem je tylko dlatego, że przelatując kłóciły się przeraźliwie z mewą, przeganiając ją od swojego domu. A mieszkają chyba w otworach w dachu meczetu. Albo na drzewach. Właściwie nie mam pojęcia gdzie mieszkają te zielone, latające awanturnice.







Z terenu meczetu poszedłem w dół, potem w prawo i w górę i znów gdzieś skręciłem i tak klucząc wyszedłem na skwer przy ruchliwej ulicy. Tu właśnie spytałem starszego mężczyznę z czarną dłonią o drogę do Haga Sofia.

Bębny! Rytmiczne, mocne dudnienie z łatwością przebija się przez uliczny harmider. Jednak to nie muzykanci. Do bębnów dołączają złowrogie, męskie okrzyki. Do bębnów i okrzyków doszły wtórujące im oklaski. Jednak to nie oklaski aprobaty. Jeszcze nie idę do Haga Sofia. Zobaczę co się dzieje. Podziemiem przechodzę na drugą stronę arterii…
« Ostatnia zmiana: Styczeń 08, 2020, 20:15:20 wysłana przez CeloFan »
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #5 dnia: Styczeń 09, 2020, 09:23:04 »
 :deadtop4:

Bębny c.d

27 grudnia 2019

Na kamiennym chodniku płonie stos. Przechodząc obok ogniska czuję jego ciepło, mimo oddzielających barierek. Musi już długo się palić. Dużo popiołu zalega pod dopiero zajmującymi się ogniem deskami. Bębny przestają dudnić, klaskanie i okrzyki mężczyzn cichną. Teraz mocny, głęboki głos wykrzykuje zniekształcone przez megafon postulaty. To demonstracja.



Jakieś nieszczęście wygoniło tych ludzi z domów. Nie wiem nawet czy mają rację. Nie wiem też czego chcą i od kogo. Wiem, że oprócz samych zainteresowanych jak zwykle nikogo ich problem nie interesuje. Tak jest wszędzie.
Barierki, ogień, wzburzony tłum, choć jak mi się zdaje nie tak duży, to jednak po twarzach większości widać zaciekłą determinację. Sami mężczyźni.



Nie. Jest też kilka kobiet. Kordon służb mundurowych pilnuje tylko jednej strony - przejścia do wielkiego budynku, przed którym zebrali się demonstranci. To chyba nie policjanci. Nie mają broni palnej, tylko pałki. Policjanci stoją w pewnym oddaleniu i jest ich niewielu.







Podchodzę do barierki. Od najbliższego człowieka dzieli mnie może pół metra. Głos z megafonu zaintonował wezwanie. Bębny znów się odezwały. W ich rytm tłum mężczyzn wyskandował wyuczone hasło. Jeszcze raz i jeszcze raz. Klaszczą w rytm okrzyków.


Człowiek przede mną zauważył, że fotografuję. Klepnął swojego kolegę w ramię, ten się odwraca, a ja zdążyłem zrobić mu zdjęcie zanim skrzywił się całkowicie. Nie jestem pewien czy to tylko zaskoczenie wymalowało się na jego twarzy. Nie chcąc się tego dowiedzieć, odszedłem dalej.



Głosy mężczyzn wciąż wibrowały w powietrzu. Bębny ucichły i znów odezwał się przenikliwy głos z megafonu. Robiłem zdjęcia ale coraz więcej ludzi z tłumu zwracało na mnie uwagę.



Znów bębny i okrzyki. Tym razem wszyscy wznieśli zaciśnięte pięści.











Jeden z protestujących zawołał na człowieka, który czasem dawał wskazówki temu z megafonem. Ich twarze zwróciły się w moją stronę. Rozmawiają. Do rozmowy przyłącza się jeszcze jeden mężczyzna i jeszcze jeden. Chyba czas na mnie.
Odchodząc zdawało mi się, że nie odchodzę sam. Jednak, kiedy zobaczyli przy następnej przecznicy, że jestem zwyczajnym pstrykaczem jakich tu wiele… A może mi się zdawało tylko. Zdawało mi się. Może szli do sklepu.
Trochę dalej życie toczy się swoim tempem.





Na plac między Haga Sofia i Błękitnym Meczetem doszedłem na czas. Kiedy zajmowałem się podglądaniem grubego kota, rozległ się głos muezina. A potem z drugiej strony odpowiedział inny. Mimo, że prawdopodobnie to tylko nagrania, jest w tym porozumiewaniu się coś magicznego. Jakby dwie wielkie budowle zaprojektowane przez geniuszy, powstały właśnie po to, żeby rozmawiać. Codziennie o tej samej porze.



Chyba mało kogo to obchodzi. Ludzie z całego świata przyjeżdżają tu, żeby „zaliczyć” miejsce. Wysłuchać przewodnika powtarzającego dokładnie to co można wyczytać w Internecie i zrobić zdjęcie jakich miliony już zrobiono. Robię takie oczywiście i ja. Czemu nie miałbym mieć swojego własnego identycznego jak tamte.









Możliwe, że żeby zrozumieć to miejsce i co się tu odbywa trzeba zmrużyć oczy, żeby uchwycić to co dzieje się w cieniu turystycznej euforii zwiedzania. A może nie jestem obiektywny. Może każdy z tych ludzi po swojemu to robi. Może nie warto oceniać człowieka, miejsca czy zdarzenia po pozorach.
Największymi wygranymi tej komercjalizacji są zwierzęta. Opasłe i obojętne na wszystko psy, które nie chcą już patrzeć na pełne karmy miski.



Upasione koty chyba z zachłanności żebrzące w swoim mruczando o kawałek pizzy. Ptaki dokarmiane przez ludzi, którzy kupują od specjalnych sprzedawców ptasią karmę. Nie ma tu ani krzty uduchowienia, wyższego celu, pokłonu dla architektów, szacunku dla czasu. Są za to sprzedawcy kukurydzy, drogie restauracje, luksusowe hotele, językowy tygiel, nieprzerwany gwar, policja turystyczna i opancerzone wozy. Rzecz jasna generalizuję. Proszę się nie oburzać. No i papugi też są. Takie same jak przy meczecie Sulejmana.







Napatrzywszy się do woli, wszedłem w jedną z uliczek z zamiarem powrotu do otelu. Budynki są tu tak wysokie, że straciłem dziś orientację po raz drugi. Na domiar złego wszedłem jakimś sposobem na Wielki Bazar. Podobno ma 30 hektarów i ponad 60 ulic. Część jest zadaszona. Schodzi się w dół, podchodzi, skręca. Mój wewnętrzny kompas się popsuł. Błądziłem więc tak sobie, aż przypadkowo trafiłem na wyjście. Dzień, w którym na tych ulicach nie będzie tłoku, będzie chyba ostatnim dniem ludzkości :)





Kiedy przekroczyłem próg otelu, znów się rozpadało.
CF
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #6 dnia: Styczeń 09, 2020, 22:57:04 »
 :deadtop4:

Najwyższy czas

28 grudnia 2019

Przestało strzykać w plecach. Nadgarstek już nie drętwieje. Oparzenie od kolektora prawie zagojone. Katar odchodzi w zapomnienie. Pesel przestał dawać znać o sobie  :deadbandit: Jestem tu piaty dzień. Przyzwyczaiłem się do spartańskich warunków. Nie wadzą mi drapiące, porwane koce zamiast kołdry. Polubiłem opancerzonego robaka z wąsami, wieczorami wdrapującego się na karnisz trzymający pogniecione zasłony. Siedem kroków do toalety w korytarzu. Cztery pod prysznic. Dwanaście do schodów na dół. Nie jestem już zły na tego kto ukradł mi żel do kąpieli kupiony w Serbii, chociaż świetnie nadawał się do prania. Wieczorem czekam cierpliwie na ciepłą wodę albo używam lodowatej. Nauczyłem się robić to nie dotykając niczego oprócz kurków od wody  :deadgrin: Tam zdaje się być najczyściej. Jadam dwa razy dziennie. Na śniadania chodzę zawsze do tego samego baru naprzeciwko otelu. Na kolację też. Znają mnie już. Zawsze dostaję herbatę w małej szklaneczce i dwie kostki cukru. Jak się zasiedzę czytając, dostaję drugą i trzecią. Szybko nauczyłem się żeby wychodzić nie przeciągając.
Patrząc z okna pokoju w dół, widzę tylną część kanapy motocykla. Moja inwestycja życia i ulubieniec. To mechanizm oczywiście ale przecież lubimy rzeczom nadawać ludzkie cechy. To rzecz do której trzeba mieć zaufanie wybierając się w podróż. To przedmiot nad którym przeważnie mamy kontrolę. Wlewając benzynę do baku, mamy nadzieję, że dowiezie nas bezpiecznie do określonego miejsca. Bez motocykla pod sobą i bez drogi przede mną, bez deszczu, słońca, wiatru, pokonywanych kilometrów, wyimaginowanego albo prawdziwego celu i bez tej namiastki swobody czuję, że krew krąży coraz wolniej. Gęstnieje, zamula się i stygnie.
Ten kawał żelastwa sprawił, że od kilku lat kolekcjonuję wspomnienia zarezerwowane dla ludzi patrzących na świat zza szyby kasku.
A teraz stoi tam na dole martwy i zimny póki nie zdecyduję włożyć kluczyk w stacyjkę i nacisnąć starter. Myślałem, że Stambuł ze swoją egzotyką zatrzyma mnie na dłużej. Nie zatrzyma.
Pomijając aspekt „romantyczny"  sprawdziłem prognozę pogody. To chyba ostatni dzwonek, żeby nie zostać tu do wiosny. Jednak mam małego pietra przed powrotem. Kiedy przyjdzie białe szaleństwo na dobre a ja będę tu, znów nie obędzie się bez lawety albo wywrotek. A ja wolę na kołach i bez wywracania. No i co może być lepszego od spędzenia sylwestrowej nocy gdzieś w trasie. Chyba czas pomyśleć o drodze. Trochę rozsądku jeszcze nikogo nie zabiło.





Nargile

Jest sześć stopni na plusie i pada. Zaparowane szyby skrywają wnętrze przeszklonej dobudówki. Nad pierwszym wejściem widnieje szyld: OZGEN Cafe. Nie widać nikogo w środku. Chyba będę sam. Przechodzę częścią dla palących papierosy meandrując między pustymi stolikami. Kręcone schodki prowadzą do drzwi na podwyższeniu. Dopiero teraz widzę, że sam nie będę. Chwytam za klamkę i 21 par oczu kieruje spojrzenie na mnie. Zaspokoiwszy ciekawość, wszyscy wracają obojętnie do swoich zajęć.

Zamówiłem fajkę wodną przy kontuarze. Nie po turecku oczywiście ale wystarczyło słowo nargile. Ustaliliśmy że tytoń jabłkowy. No i że kawa. Tu było nieco trudniej. Trzeba dać do zrozumienia czy słaba czy mocniejsza czy słodka i jak bardzo. Skończywszy robić zamówienie zasiadłem na wysłużonej sofie przed metalowym stolikiem pokrytym suknem, wyglądającym jak ze stołu bilardowego ale w szarym kolorze. Dopiero teraz policzyłem ilu mężczyzn tu siedzi. Nie w wejściu. Każdy pali fajkę wodną, przepija wodą, herbatą roznoszoną przez człowieka od noszenia herbaty albo kawą jak ja. Oprócz herbaciarza jest jeszcze człowiek odpowiedzialny za wydawanie kart i gry której nie znam. No i jeszcze jeden który dba o to, żeby węgle tlące się na podziurawionej folii aluminiowej zawsze były odpowiednio świeże. Chodzi więc z rondlem miedzianym i metalowymi szczypcami zrzuca popiół na tacę fajki i zastępuje go czerwono żarzącym się węglem drzewnym.







Zajęcia mężczyzn przy stolikach to granie. Grają kośćmi podobnymi do domino tylko mają one swoje numery i kropki. Część ustawiają na drewnianej podstawce w dwóch rzędach jeden nad drugim. Zapisują w notatniku punktację i kiedy gra się skończy wysypują wszystko na stolik, mieszają kości i gra zaczyna się od nowa. Przy innym stoliku grają w karty. Siedzący pod ścianą patrzą ma mecz wyświetlany na podwieszonym, wielkim telewizorze.



Całe pomieszczenie przesiąknięte jest aromatycznym dymem. Czasem jednak dociera do mnie ostry, tytoniowy zapach. Taki cygarowy. A na tej sali papierosów nie wolno. Kilku z palaczy ma nieco inną fajkę. Różni się tym, że liście tytoniu zawinięte są w kokon i postawione na sztorc. Węgle kładzie się bezpośrednio na ten kokon. Zaciągają się tym ostrożnie i z umiarem jeśli w ogóle. Dymu jest mało ale za to bardzo intensywnie pachnie.





Nie jest to miejsce dla turysty. Takie miejsca są na moście Galata. Ani tu ładnie ani czysto ani ciekawie. Ściany obłożone tapetą udającą cegły klinkierowe. Od podłogi z płytek do około 1,5 metra boazeria z ciemnych desek. Sufit jak w biurowcu. Tam też uwieszona jest blaszana instalacja z wywietrznikiem. Stary kontuar, obok poustawiane jakieś trzydzieści fajek wodnych gotowych do wydania. Na ścianie przy barze dziesiątki rur do tychże fajek. Metalowe stoliki i takie same krzesła obite różnokolorowym materiałem. Między krzesłami przechadza się pasiasty kot, czasem zaczepiając klientów z nadzieją na pieszczoty. Wszyscy się znają, śmieją się albo wykłócają, żeby znów się śmiać. Kłęby dymu wiszą nad całością chociaż wentylator pracuje pełną parą. Tutaj jest spokój mimo hałasu telewizora, rozmów i stukania o siebie mieszanych kości do gry. Ci ludzie tu odpoczywają. I ja razem z nimi. Mogę pisać, zamyślić się, patrzeć na grę której nie rozumiem. Oprócz tego momentu kiedy wszedłem nikt nie zwraca na mnie uwagi. Zniknąłem i wsiąknąłem schowany za dymem z mojego nargile o smaku jabłkowym.
Deszcz nieprzerwanie pada. Późnym już wieczorem, przesiąknięty dymem snuję się po wąskich, opustoszałych uliczkach. Okrężną drogą wracam do otelu.



















Jutro pojadę.

CF
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #7 dnia: Styczeń 10, 2020, 14:55:53 »
 :deadtop4:

300 metrów strachu


29 grudnia 2019

Coś łomocze... To tylko budzik zadzwonił swoim beznamiętnym dzwonkiem. Długo nie mogłem zasnąć myśląc gdzie mieszkają i co robią na co dzień ludzie, których tu widziałem.
Za oknem już prawie jasno. W barze naprzeciwko pierwsi klienci jedzą śniadanie. Nie pada. Temperatura 5 stopni. Między chmurami widać nawet przejaśnienia. Dobra pogoda na wyjazd. Zbieram się dwie godziny. Wczoraj naprawiłem zamki w kufrze. Nie będę musiał robić prowizorki. Dolałem setkę oleju do silnika. Oddałem klucz i odjechałem. Tak po prostu.







Mam zamiar dojechać dziś do Sofii. To około 600 km autostradą, nie licząc Turcji. W Turcji nie trzeba autostradą. Tak jak kiedy tu przyjechałem, znów nie ma korków. Zadziwiające. Myślałem, że są zawsze.
Jeszcze nie wyjechałem z miasta i zaczęło padać. Na stacji benzynowej założyłem przeciwdeszczówki. Wyjechałem ze stacji i przestało. Za to zaczęło wiać. Niech wystarczy jak napiszę, że bardzo mocno. Dzięki temu asfalt całkowicie wysechł i mogłem rozwijać normalne prędkości, choć cały czas w lekkim przechyle. Motocykl zatankowany ale zatrzymam się przed granicą z Bułgarią bo dalej przez wiele kilometrów nie ma stacji po drodze.


302 km do celu.

Yenikadın. 8km przed granicą Turcja – Bułgaria. Jedna z ostatnich stacji benzynowych. Mam jeszcze sporo Lirów. Tankuję do pełna i idę płacić gotówką. Pytam czy mają kawę. Kasjer zostawia kasę i każe iść za sobą. Przechodzimy do pomieszczenia obok. Pod ścianą wielka grzałka rozjarzona do czerwoności. W środku dwóch mężczyzn z obsługi stacji. Obaj palą. Przy oknie stary telewizor kineskopowy, a w nim amerykański film sensacyjny. Gorąco. Między oknem a ścianą pałka drewniana. Pod ścianą szafa jak rozdzielnia albo inna aparatura. Naprzeciwko stare łózko wysłane kocami. Pomiędzy nimi stół z dykty, a na nim spodek ubrudzony papierosowym popiołem i popielniczka. Człowiek który mnie przyprowadził, wyciąga z metalowej szafki kawę rozpuszczalną i papierowy kubek. A chciałem kupić…
Zasiadam ze swoim kubkiem jak wszyscy na krześle, zapalam papierosa i rozmawiając na migi, przy okazji grzeję się. Mała kawa, jeden papieros. Nie chcę nadużywać gościnności. Dziękuję za poczęstunek i idę do motocykla, który cały czas stoi przy dystrybutorze. Wsuwam kluczyk do stacyjki. Zapinam wszystkie suwaki, zakładam kask, rękawice, przekręcam kluczyk, wciskam starter i… morale spada o połowę. Zamiast grzechotliwej pracy silnika słyszę jęczącą niemoc rozrusznika. Próbuję jeszcze raz i jeszcze raz. Nie odpala. Morale jednak wraca do normy. Mam dużo czasu, jestem na stacji benzynowej, jest wcześnie, nie pada. To nie pusty parking popołudniem przy serbskiej, deszczowej autostradzie. Przestawiam motocykl i idę do pomieszczenia, z którego wyszedłem. W mig chwytają o co chodzi ale ja nie chwytam wcale. Jeden każe wsiadać do swojego samochodu. Konsternacja. Zabieram GPS i kluczyki i wsiadam. Co mi pozostało  :deadgrin:



Wjeżdżamy na drogę. Za pół kilometra zawracamy na zakazie i jesteśmy na stacji benzynowej tej samej sieci. Tutaj kierowca zostawia mnie na chwilę i wraca z kablami rozruchowymi. Przecież mam. Nic nie mówił że po kable  :deadbandit: Znów ruszamy, znów zawraca za pół kilometra na zakazie i jesteśmy przy motocyklu. Wyciągam narzędzia, odkręcam osłonę silnika i podpinam przewody. Nie odpalam. Czekam w ciepłym, choć wiem, że to nic nie da… Za 10 minut idę grać o wielką grę. Odpali – pojadę. Nie odpali – muszę znaleźć elektryka i to motocyklowego.






Może to coś z ładowaniem jednak… Z lekkim napięciem znów przekręcam kluczyk i znów wduszam starter. Odpalił jak nowy! Pewnie każdy zna ten rodzaj swoistej ulgi. Rozłączam przewody, dziękuję za pomoc i odjeżdżam. Klucze do odkręcenia osłony silnika od teraz trzymam w kieszeni z tyłu kurtki. Widzę, że przydają się…
Jak już kiedyś w wspominałem, na mechanice słabo się znam, albo bardzo słabo. Skoro nie wiem co jest przyczyną tego, że akumulator słabnie, to nie będę wyłączał silnika wcale, póki będę mógł.


294 km do celu.

Granica. Kolejka na kilkanaście samochodów ale szybko się przesuwa. Zsiadam ale nie wyłączam. Grzeję dłonie od wentylatora i dopycham motor co jakiś czas.



Trzy okienka i jestem w strefie niczyjej. Zostawiam odpalony silnik i idę wymienić Liry na Euro. Teraz każdy grosz w gotówce może się przydać. Po stronie bułgarskiej krucho. Kolejka na jakieś 300 metrów. Idę do pogranicznika pogadać. No i mówię, że motor kaput i czy mogę bez kolejki. Jakby to miało jakieś znaczenie :) Ale miało. Od razu kazał podjechać. Ośmielony w czasie sprawdzania paszportu pytam czy zna serwis KaTeeMa w Sofii.
- Nie masz Internetu? – pyta zdziwiony.
Ano nie miałem bo i skąd? No to przerywa pracę, bierze swój wielki smartfon i wyszukuje adres, a ja robię swoim smartfonem zdjęcie jego smartfona. Takie smartfonowe selfie  :deadgrin:
Bardzo miło zaskoczył mnie ten Bułgar-pogranicznik. Już wiem gdzie poszukam hotelu. Gdzieś w pobliżu serwisu. Dziś i tak nieczynne.





Policzyłem, że jadąc oszczędnie, będę musiał tankować tuż przed końcem drogi. Pomyliłem się. W Bułgarii można jechać 140km/h i albo robisz to lewym pasem albo wleczesz się za TIRami. Wymyśliłem też, że skoro jest kłopot z ładowaniem, to kiedy akumulator padnie całkowicie, silnik też zgaśnie. To nie diesel. Wyłączam światła, nie mogę użyć grzanych manetek, nawet nie włączam kierunkowskazów.
Wiem, że to bzdura z tym ładowaniem ale coś musiałem poudawać przed samum sobą. Jadę tak sobie i przypomniał mi się film „Apollo13” Teraz jestem jego tandetną podróbką  :deadbandit:


117 km do celu.

Prędkość i silny wiatr zrobiły swoje. Żółta lampka pokazała koniec marzeń o dojechaniu na jednym zbiorniku. Mam szczęście. Przede mną stacja Shell. Przy dystrybutorze pytam człowieka z obsługi czy jest tu WiFi. No jest kiwa głową, choć pewien być nie mogę bo Bułgarzy na tak kiwają nie i odwrotnie.
Pomysł godny Napoleona szlag trafił. Jak mam zatankować nie gasząc silnika skoro muszę silnik zgasić, żeby zatankować? Prostota tego logicznego objawienia tak mnie rozbawiła, że przestałem przejmować się tym czy odpali czy nie odpali czy się przewróci, czy zaśnie. Nalałem do pełna i idę płacić. Chcąc odetchnąć od strapienia, zamawiam kawę i szukam hotelu w sieci zasiadając na kręconym, barowym stołku. Na zewnątrz robi się naprawdę zimno. Zakładam dodatkowe rękawiczki. Takie cienkie, sportowe do biegania. Dostałem je od Kaczora ostatniego dnia przed wyjazdem.


67 km do celu.

Autostrada mimo wichru nie chce tu schnąć. Dookoła las. Albo jest poniżej zera albo przemarzłem. Czuję chłód nawet na plecach. Dłonie grabieją. Nie mogę ruszać palcami. Biegi zmieniam bez użycia klamki. Szczypią palce. To znaczy, że jeszcze są.


42 km do celu.

W oddali widać ośnieżone szczyty gór. Pięknie połyskują na żółto, oświetlone chylącym się ku zachodowi słońcem, a wokół pełne zachmurzenie. Trudno oderwać wzrok od takiego widoku. Okoliczne pola przyprószone śniegiem. Ale tak jak posypuje się ciasto cukrem pudrem. Niby jest ale wszystko pod nim widać.


29 km do celu.

Mróz jest. To pewne. Mówi mi to całe ciało. Stopy zmarznięte. Nie założyłem tych cieplejszych skarpet. Wniosek. Motocyklista też człowiek. Zaczyna zamarzać począwszy od kończyn  O0


19 km do celu.

Na poboczu leży śnieg. Wyprzedził mnie van z nartami na dachu. Wydawało mi się, że widzę płatek śniegu.


5 km do celu.

Osiem kilometrów temu zjechałem z autostrady. Jestem na peryferiach Sofii. Na peryferiach też są supermarkety. Jest ślisko. Od dłuższego czasu jak sądzę, regularnie pada tu śnieg. Minąłem samochód wyglądający jakby wyjechał przed chwilą z zaspy.


1,9 km do celu.

Muszę włączyć światła. Nie widzą mnie.


300 m do celu.

GPS poprowadził mnie najszybszą drogą. Wysuwam podmarznięte członki i szorując butami zsuwam się po lodowo-śniegowym zjeździe między zaparkowanymi samochodami. Na półsprzęgle lekko, baaardzo lekko naciskam przedni hamulec. Jak jest uślizg to tylny, odpowietrzony hamulec. Jak nie hamuję to się rozpędzam bo z górki. Więc hamuję trochę tym, trochę tym. To było najbardziej emocjonujące 300 metrów dzisiejszego dnia  :deadbandit:
Nie. Nie zrobiłem zdjęcia z ześlizgu :deadgrin:
W sumie to odetchnąłem głębiej nawet. Nie lubię się przewracać.









Motocykl zostawiłem w blaszano-ceglamym garażu. Przebrałem się, poszedłem na spacer i na wielką pizzę. Teraz siedzę w ciepłym pokoju, popijam gorącą herbatę z metalowego kubka i czekam co będzie jutro. Za oknem regularna zima.



Dystans 559km
Średnia ruchu 89km/h
Czas ruchu 6:16h
CF
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #8 dnia: Styczeń 10, 2020, 22:05:37 »
 :deadtop4:


Ulga cieplna


30 grudnia 2019

Wczoraj w jakąś grafomanię popadłem niepotrzebnie. Powinienem napisać zwięźle co i jak, zamiast produkować radosne, nikomu niepotrzebne słowotwórstwo. Dziś więc krótko. Nie, że pisać mi się nie chce. To przez ducha. Jestem w restauracji hotelowej i obsługuje mnie duch. Jest niski i pucołowaty i wygląda, jakby połknął balon meteorologiczny. Czarne włosy obcięte na pieczarkę przykrywają pucołowatą twarz dwudziestopięciolat ka. Jak idzie, to nie on idzie, tylko brzucho go prowadzi. Na dodatek jest ze swojego brzucha dumny. Spytałem o serbską potrawę. Ten pokazuje w menu i zaraz potem klepie się dłońmi po podstawie brzucha. No… że na tym wychowany. To nie koniec. Każe pokazać mój  :deadbandit: Luzak. Restauracja złotem ocieka, kelnerzy z ręcznikami na przedramieniu w tle spokojna dawna muzyka, a przy stolikach sztywno, że tylko sztućce dzwonią i ani mlaśnięcia. A tu taki wesołek. Czemu duch? Bo kiedy skręciłem papierosa i już miałem sięgać po zapalniczkę, znikąd pojawił się brzuch i wyciągnął do mnie rękę kelnera z zapaloną zapalniczką. Szybciej niż zdążyłbym pomyśleć. Do obiadu podał mi małe piwo miejscowe. Zajeczarskie. Nie wiem czy dobrze zapamiętałem. Nie upiłem dwóch łyków, a ten znikąd pojawia się i jeszcze jedno przynosi. Że to od niego. Tak więc czasu nie mam bo rozglądam się skąd wyskoczy brzucho i jakie ze sobą przyniesie tym razem zaskoczenie O0

Wracam do tematu.



W Sofii motocykl odpalił jakby nigdy nic mu nie było. Mimo to podjechałem do serwisu o 10:30. Pusto, głucho i ani śladu na śniegu przed wejściem. Szklane drzwi zamknięte. Nawet zadzwoniłem telefonem ale przecież nie miał kto odebrać.





Temperatura -1 pochmurnie ale stabilnie. Nie pada. Jak tylko wyjechałem z błotnistej i zszarzałem Sofii, wyszło słońce. Droga sucha, równa i czysta. Śnieg tylko na poboczu i w okolicy. I tak praktycznie całą drogę. Założyłem na siebie wszystko. Łącznie z tajną bronią czyli foliowymi rękawiczkami ze stacji benzynowej. Świetna rzecz. Jest dużo lepiej bo goretex w rękawicach głównych przestał oddychać.
Z czasem ochłodziło się do -3 stopni.
Na granicy Bułgarsko – Serbskiej duże kolejki. Przejechałem między samochodami i tu i tu. Nikt nie protestował. Przeciwnie. Niektórzy z uśmiechem zachęcali do parcia naprzód, przestawiając samochody. Celnicy tylko popatrzyli na paszport.







Że droga dobra, to jechałem zgodnie z przepisami. Czytam właśnie, że przy 130 km/h przy -2st C i wilgotności rzędu 85%, temperatura odczuwalna to -27 st. Dacie wiarę? Zatrzymywałem się na ogrzanie kości co około 100km na stacjach albo na bramkach autostradowych, żeby zapłacić. Już samo zatrzymanie się powoduje, że odczuwa się ulgę cieplną. Tak nazwałem ten stan. Ulga cieplna  :deadtop4:
Jestem na rogatkach Belgradu w hotelu z restauracją z duchem :) Jutro tez gdzieś pojadę.



Dystans 404km
Średnia ruchu 71.3km/h
Czas ruchu 5:39h
CF
« Ostatnia zmiana: Styczeń 10, 2020, 22:16:35 wysłana przez CeloFan »
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #9 dnia: Styczeń 11, 2020, 15:53:24 »
 :deadtop4:


Zeljko

31 grudnia 2019

Ma 42 lata. Szpakowaty, przystojny, przystrzyżone włosy i zarost kilkudniowy. Chodzi w jeansach i szarej, sportowej bluzie z kapturem. Trochę niższy ode mnie. Mocny uścisk dłoni. Przyjechał tu specjalnie, bo dziś zamknięte. Jest szefem. A ja? A ja trafiłem tu przypadkiem. Zeljko jest szefem serwisu KTM w  centrum Belgradu.

-----------------------------------
W hotelu na obrzeżach stolicy Serbii spałem krótko. Zerwałem się tak, żeby zdążyć na 7:30 na śniadanie. Schodzę a tam ciemno i głucho. Starszy mężczyzna ogląda teleturniej w TV siedząc na stylowym fotelu z wysokim oparciem. Nie przestawiłem zegarka na nową strefę czasową. Na godzinę wracam do pokoju.

-5 stopni i bezchmurnie. Pogoda taka, że aż sam do siebie się uśmiecham. Bagaż składuję przy motorze.







 Kluczyk, starter i… nie ma siły. Za zimno? Przyzwyczajony już do chimeryczności pojazdu, beznamiętnie biorę się do roboty. Klucze do dokręcania pokrywy silnika mam pod ręką oczywiście. Tak samo nie chowam już kabli rozruchowych. Przygotowawszy wszystko, niespiesznie idę do recepcji. Recepcjonista zadzwonił gdzieś.
- Szef będzie za pięć minut - słyszę. Właściwie widzę. Poczciwiec pokazuje na swój zegarek, potem wyciąga dłoń rozcapierzając palce. Łączę gesty z jedynym słowem, które zrozumiałem: Boss.
Aż szefa potrzeba? A niech tam. Niech będzie i szef, aby z samochodem.



Przyjechał Jeepem. Kable podpięte. Motocykl odpala.



Muszę jeszcze zatankować i w drogę. Na stacji po tankowaniu zostawiłem silnik na chodzie i wróciłem się po coś do wytarcia umazanego solanką z drogi reflektora. Czyszczę, a ten prycha. Dodaję gazu. Odpuszczam, a wskazówka obrotomierza leży na zero. W końcu poprychał i zgasł. No nareszcie konkrety. To znaczy nie, że się cieszę, że zgasł. Cieszę się, bo są jakieś objawy wyraźniejsze.
Obok biały dostawczak, a jego właściciel coś dłubie przy dystrybutorze stacji benzynowej. Ma na imię Zivko i jest … elektrykiem. Ma profesjonalny miernik i zmierzył to co wszyscy, kiedy motocykl odpaliłem przez kable.
- Ładowanie i akumulator OK – mówi.
Nie OK bo akumulator pokazuje 11V.
Nie chcę już zatrzymywać człowieka, bo w pracy jest. Pokazał mi gdzie jest elektryk samochodowy. Podjechałem tam. No tutaj to nawet rozruszniki naprawiają, komputery mają i kolejkę samochodów.
Znów odkręcam osłonę silnika. Znów elektryk sprawdza to co wszyscy. Dzwoni gdzieś i dostaję wizytówkę, numer telefonu i namiary na serwis KaTeeMa w Belgradzie, gdzie od wczoraj jestem. To 9 km stąd.
Dojazd zajął mi małą chwilę. Dłużej czekam na Zeljko, o którym wspomniałem na początku. Ale czekam w ciepłej kawiarni pod szyldem KTM, tuż obok KTM Promoto Centar. Jakoś tu tak swojsko i luźno. Można wejść z psem, można palić. Wszystko można. Jest przyjaźnie, przychodzą piękne Serbki i pachnie kawą. Gdybym tu mieszkał, to bym przychodził nawet nie mając KaTeeMa.





Jest Zeljko. Zaraz przyjeżdża Srdjan. Srdjan zna trochę polski. Wydaje mi się, że przyjechał na swoim skuterze i w pomarańczowym kasku, żeby tłumaczyć co ja od nich chcę 31 grudnia.
Wiecie co ma Zeljko? KTM 950. Nówka. 27 tyś przebiegu! ZERO rysek gdziekolwiek. Tarcze nieruszone. Wszystko jak prosto z salonu. Biały kruk. Zeljko miał wypadek przy 170 km/h. Połamał się w różnych miejscach i swój motocykl zniszczył ale jeździ dalej. Jeździ 950tką. Twardziel.



Motocykl na podnośnik. Sprawdzają wszystkie połączenia elektryczne. Zeljko pokazuje na nieoryginalną wtyczkę od regulatora napięcia. Wie na co patrzy skubany :) Czyści ją z błota ulicznego. W tym czasie Srdjan zabiera gdzieś akumulator. Wraca i mówi, że akumulator jest w porządku, pokazując wydruk. Dwie pozycje na wydruku. Obie oznaczone 100%.
Na to wchodzi Dejan. Rzuca ogólne cześć. Jak jakiś ordynator przed operacją wypytuje o szczegóły problemu, jednocześnie zakładając niebieski fartuch roboczy. Sprawdzają jeszcze raz to co wszyscy sprawdzali, a potem Dejan chwyta za kable z prawej strony i jeden z kostką przyciąga do światła latarki.



- Chodź, popatrz - mówi. Powtarza jeszcze raz bo nie chwyciłem, że to do mnie.
Patrzę a tam zielono-siny nalot i częściowo pourywane nitki kabli. Cóż… Jest w końcu! Chochlik znaleziony :)



Dla ciekawych. To połączenie przewodów idących od regulatora napięcia do akumulatora. Kostka była w takim miejscu i tak wyglądała, że nawet jakbym sam na nią patrzył, to bym jej nie zobaczył :)
Dalej poszło sprawnie. Wszystkie złącza albo wyczyszczone albo nowe końcówki. Gotowe, jednak nie ma ładowania. Znaczy takie jest, że mogę jechać bez świateł i bez grzanych manetek. Lipnie…
I wiecie co? Zeljko przynosi nowiuśki regulator napięcia. Przystosowują bajpas do nieoryginalnej wtyczki.



Podpinają. Z nowym regulatorem i włączonym wszystkim co prąd pobiera, pokazuje się na wyświetlaczu około 13.9V. Teraz moja decyzja. Na decyzję czekają pół sekundy :)
Po zabiegu:
- Ile? – pytam.
- Za regulator zapłaciłeś.
- Ile za waszą pracę? – ponawiam pytanie.
- Nic. Jest Nowy Rok. Nic nie płacisz.
- To zapłacę za kawę w kawiarni.
- Nie. Kawa ode mnie.
Zeljko znalazł mi hotel w centrum Belgradu blisko imprezy sylwestrowej, żebym mógł się rozerwać. Zarezerwował przez telefon, a Srdjan założył swój pomarańczowy kask, wsiadł na skuter i odstawił mnie pod same drzwi hotelu Park.



















Jak różni ludzie potrafią być… Przypomniała mi się rodzina lawetowo – elektryczno - hotelarska, kiedy opisałem pierwsze zejście KaTeeMa na autostradzie. Tez w Serbii. Tamtych ludzi nie będę już wspominał wcale.
Konkluzja i weryfikacje.
1. Jestem mistrzem w odkręcaniu osłony silnika i mogę zmierzyć się w tej dyscyplinie z każdym :)
2. Regulator popsułem dopiero teraz. Nie wytrzymał widocznie nadmiaru produkowanej energii.
3. Zdałem się na „profesjonalizm” lawetowej rodzinki, choć widziałem, że to psikus a nie pro :)
4. Myślę też, że akumulator Yuasa szlag trafił nie przez to, że Yuasa tylko przez jeżdżenie okrągły rok bez gruntownego przeglądu co do śrubki i co do ostatniego złącza.
5. Serwis w Belgradzie polecę każdemu kto będzie w potrzebie właśnie tam.
CF
P.s.
Dziś mam za sobą 27km :) Jutro pojadę trochę dalej chyba.



Dystans 27km
Średnia ruchu 7.2km/h
Czas ruchu 3:48h
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #10 dnia: Styczeń 12, 2020, 14:00:36 »
 :deadtop4:

Zachód


1 stycznia 2020

Winda nie chce zadziałać. Stoję w gorącym podziemiu hotelowym na poziomie minus dwa. Zszedłem tam z odźwiernym, schodami dla pracowników po motocykl. Wprawdzie bez bagażu ale w ciuchach motocyklowych. Roztapiam się. Nie ma tu zwyczajnego wjazdu/wyjazdu. Jest stara winda towarowa. Wozi też samochody. Kilka tu stoi zaparkowanych.





Po interwencji konserwatora stary mechanizm w końcu zadziałał. Motocykl pojechał na górę sam, a ja znów po schodach.
Temperatura -1, słonecznie, bezwietrznie. Za rogatkami opustoszałego po Sylwestrze Belgradu, asfalt suchy. Jednak mój optymizm w ubieraniu się spowodował, że muszę zatrzymać się po kilkunastu kilometrach. Mokre ciuchy po saunie w podziemiu, zaczęły generować przenikliwe zimno. Przeprosiłem się z przeciwdeszczówkami i znów wciągnąłem foliowe rękawiczki ze stacji benzynowej.
Sto kilometrów dalej żadnych oznak zimy. Tylko lodowaty pęd powietrza w czasie jazdy przypomina, że to styczeń.
Ostatnią prawdziwą granicę Serbia-Węgry, przejechałem bardzo szybko. Serbia to może 5 aut i kolejka idzie sprawnie. Węgry to 3 rzędy długaśnych ogonków. Wyminąłem wszystkie auta i zaczekałem, aż ktoś uprzejmie wpuści mnie bez kolejki. Czekałem może dziesięć sekund.
Nieopodal Budapesztu zupełnie straciłem czujność drogową na rzecz zachwytu. Wprawdzie motocykl przestał stroić fochy i w tym temacie nuda ale słońce, czyste, błękitne niebo, sielski krajobraz, nawet jak na autostradę… Poczułem się jak na wyjeździe w środku wakacji.
Temperatura rośnie. Nie ma już mrozu. Termometr na stacji benzynowej pokazuje plus dwa. Zabieram kawę na zewnątrz i delektuję się dodatnią temperaturą.



Później już tylko słońce grzejące w plecy i prosta droga. To wspomnienie zostawię dla siebie na bardzo długo.
Za Budapesztem zachód. Znowu zrobiło się mroźnie. Krwisto-pomarańczowe koło właśnie stacza się za horyzont. Jest tłem dla znieruchomiałych wiatraków elektrowni wiatrowej. Nitka autostrady stacza się w dół, a ja chcąc nie chcąc, razem z nią. Samochody pędzą ale tylko te blisko mnie. Te w oddali jakby stały. Jak docenić wyjątkowość tego obrazu? Jak zapamiętać?
Jak każdy z nas, widziałem wiele zachodów słońca z kanapy motocykla. Jednak to zimowe wydarzenie jest wręcz hipnotyzujące.
Będąc blisko miejsca gdzie mam zamiar przenocować, zjechawszy w podrzędną drogę, sfotografowałem pozostałość po zachodzie.



 Do hotelu 5km.



Jutro będę w Polsce.



Dystans 510km
Średnia ruchu 86.7km/h
Czas ruchu 5:52h




Zawiesina


2 stycznia 2020

Z premedytacją wyjechałem późno. Chciałem, żeby się trochę ociepliło. Prognoza zapowiadała +2. Jest -3 stopnie. Słonecznie i bez wiatru. Zgarniam szron z kanapy, mocuję bagaż.
Na wąskiej, podrzędnej drodze prowadzącej do autostrady, asfalt błyszczy się i mieni. Zamarznięte kałuże straszą. Ten jeden kilometr jadę o wiele za długo.
Jestem na autostradzie. Nie ufam drodze. Błyszczy się tak samo jak podrzędna. Nie mogę jechać lewym pasem. To za szybko. Uczepiłem się TIRa w odległości 5 sekund. To akurat tyle, żeby przy prędkości 90km/h nie szarpało. A jednak to za duża odległość. Wyprzedzający mnie autokar rozdziera przed sobą powietrze tak, że jego pęd łagodnie spycha mnie do skraju pasa. Na koniec wjeżdża między mnie a TIRa. Skręca dopiero gdzieś na rozjazdach. Znów przede mną żółta naczepa. Zbliżam się na odległość 2 sekund. To zbyt mało. Zawirowania trzepoczą mną jak chorągiewką. Wszystko wibruje. Przy 4 sekundach jest do wytrzymania. GPS pokazuje 89 km/h.
Za Bratysławą asfalt suchy. Wyprzedzam TIRa i rozpędzam motocykl do pełnej prędkości przelotowej.
Zapomniałem o paliwie. Żółta kontrolka zaświeca się tuż po minięciu stacji benzynowej. Po 30 km włączyłem trym ekodrajwingu :) Po 42km stacja. Okazuje się, że ta sama na której kiedyś już byłem. Wtedy było ciepło i pod dystrybutor podjechały imponujące, niebieskie ciężarówki teamu wyścigowego. Chyba Kawasaki. Jestem przed Brnem.
Ogrzałem się kawą i w drogę.
Słońce za plecami nie razi. Sucha droga, ja rozgrzany po wizycie na stacji i pełen zapału chcę wyprzedzić ciężarówkę do której już nieco za bardzo się zbliżyłem. Zmieniam pas a przede mną ściana. Dosłownie koniec drogi.
Szara substancja zagradza widok niczym zamknięte wrota czasoprzestrzeni. Nie widok. Cały świat. Nie ma łagodnego przejścia z widoczności do niewidoczności. Jest jak ściana. Odruchowo odpuszczam manetkę i wracam na prawy pas. Ciężarówka znika. Była i nie ma. Szaro-biała substancja wchłania i mnie. Słońce gaśnie. Jestem w innym wymiarze. Wszystko zmieniło się diametralnie. Asfalt pod kołami biały. Pobocze które ledwo widzę białe. Wyprzedzające mnie samochody wyłaniają się z szarej masy tuż za mną i znikają tuż przede mną. Właściwie nie samochody tylko ich światła. Mokre powietrze obłazi mnie jak zaraza z filmów post apokaliptycznych. Przeciwdeszczówki też są białe tylko przecinają je ślady po wodzie która nie zdążyła zamarznąć. Przestały tak chaotycznie łopotać. Są ciężkie. Mimo grubego ubrania czuję jak ziąb przenika przez wszystkie warstwy jakby ich nie było. Włączam grzane manetki. Tylko tyle mogę w tej chwili. Na deflektorze szyby zbiera się woda i natychmiast przymarza tworząc białą, coraz grubszą warstwę. Od czasu do czasu zbyt gruba warstwa zsuwa się gdzieś w nicość. Tak samo zsuwają się kawałki lodu z ciężarówki za której światłami jadę. Jakoś ją dogoniłem. Spadają tuż przede mną roztrzaskując się na milion kawałków. Zwiększam odstęp do sześciu sekund. Ciężarówka znika. Pięć sekund. Ledwo widzę światło przeciwmgłowe. Właściwie bardziej domyślam się, że jest. Tyle wystarczy. 70 km/h. Skorupę z szyby kasku zdzieram co chwila rękawicą. Stary, wysłużony kask daje już tylko względne ciepło. Jednak mimo pozamykanej wentylacji oddech zamienia się w parę. Skraplająca się para zachodzi coraz bardziej od prawej strony. Od lewej wolniej. Na dodatek chyba pinlock jest nieszczelny. Duża kropla pod swoim ciężarem spływa w dół. Tworzą się następne. Śliska droga nie pozwala mi zwolnić ani przyspieszyć. Trwam. Trwam a nadgarstek ani drgnie na manetce gazu. Czasem tylko czuję jak jakoś tak luźno robi się na kierownicy. Wiem co to znaczy. Obym upadł gdzieś na łuku. Nie tutaj. Na łuku.
Na kilka sekund przejaśnia się nieco, jakby słońce miało wygrać z masą zamarzającej mgły. I ujrzałem najpiękniejszy widok na świecie. Lodowa zawiesina oplątała się na drzewach, trawie, drodze, domach wiejskich, na barierze ochronnej i w tym przebłysku słonecznym wszystko skrzy diamentowo, opalizuje i błyszczy jak miliardy mikro fleszy fotograficznych. Tylko jakiś ptak drapieżny, może krogulec a może pustułka, zdaje się nie poddawać wszechogarniającej bieli. Przysiadłszy na słupku kontrastuje brązem swojego upierzenia z otaczającym, monochromatycznym światem.
Na te kilka sekund zapomniałem o lęku przed wywrotką, o tym żeby nie zgubić światła przeciwmgłowego przede mną i żeby utrzymywać szybę kasku we względnej widoczności. I na tych kilka sekund zapomniałem, o przeszywających dreszczach zimna. Zaraz jednak znów wpadam w świat bez wizji. Znów szukam czerwonego punktu. Znowu dreszcze przypomniały gdzie jestem i co mam robić. Czyli nic. Czekać albo zatrzymać się. Nie zatrzymałem się choć chciałem. Dwa razy zobaczyłem zjazd na stację benzynową kiedy był nie przede mną a obok…

Ponad 70 km trwało moje czekanie na wyjazd z ciężkiej, lodowej zawiesiny. Zatrzymałem się dopiero 122 km przed dzisiejszym celem, kiedy słońce wygrało z ponurą ścianą.





Na stacji ustaliłem dokąd dojadę i gdzie będę nocował. Jak zwykle w tej podróży. Wypiłem wrzątek niemal duszkiem, zjadłem gorącą nie za dobrą kanapkę, pobarłożyłem trochę rozmyślając o następnym i o poprzednich wyjazdach.



Naprawiając pinlock, patrzyłem na zmarzniętych ludzi w podkoszulkach i tych modnych, za krótkich skarpetkach które zawsze złażą z pięt do buta. Przeszli może 10 metrów od samochodu do budynku stacji. Na stacji rozcierają ręce, rozglądają się za ciepłymi napojami, tupią nogami jakby wyszli z zaspy śnieżnej. Żyjemy w absolutnej izolacji. Jechali przecież tą samą drogą co ja. Innej nie ma. Widzieli co ja ale nie mogli poczuć tego widoku. Myślę, że jeżdżąc samochodami dobrowolnie upośledzamy się na to co nas otacza. Nie w złym znaczeniu. Po prostu nie można poczuć wszystkiego zza szyby auta.
Pewnie ktoś zauważył ten niesamowicie nieziemski obraz jaki nieudolnie opisałem wyżej. Ten przebłysk geniuszu natury. I mógł powiedzieć do współpasażera – spójrz jakie to piękne. I może dyskutowali o tym co widzieli. Może nawet opowiadaliby przyjaciołom. Co więcej można? - ktoś zapyta. Można poczuć to na co się patrzy. Można poczuć lęk, zaraz potem zachwyt, fizycznie skonfrontować się z sytuacją. Zmarznąć na kość a potem czuć jak gorąca herbata rozlewa się po całym ciele. Przeżyć zwątpienie, ulgę, bezsilność wobec sytuacji. Można usłyszeć jak hałas zmienia swoje brzmienie w gęstym, mokrym powietrzu. Mieć satysfakcję. Móc wspominać. Wiedzieć lepiej.
Wydaje się, że widzieć to zapamiętać a poczuć to mieć dla siebie. Chyba dlatego wybraliśmy motocykl do podróżowania. Chyba między innymi dlatego jesteśmy motocyklistami. Możemy mieć więcej z jednego przejechanego kilometra.



A może zwyczajnie coś mi się w głowie uroiło.
Z przyczyn technicznych zdjęć opisywanych zdarzeń nie będzie.
Dziś dojechałem do Rudy Śląskiej. Dziś też wygrałem los na loterii. To był najtrudniejszy dzień tego wyjazdu. Może też i najpiękniejszy…





Przypadkowo wybrałem hotel w którym już kiedyś nocowałem przyjechawszy na festiwal filmów motocyklowych. Co za zbieg okoliczności.
Jutro ostatni dzień podróży.



Dystans 459km
Średnia ruchu 89.3km/h
Czas ruchu 5:08h

CF

"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 820
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #11 dnia: Styczeń 12, 2020, 20:23:14 »
 :deadtop4:


Epilog


3 stycznia 2020

Dziś skończyłem swój przejazd przez 2019 do 2020 roku. Czas i daty są umowne ale dla większości z nas znaczące. 17-go grudnia zdjęcie z sieci jakich wiele, tchnęło we mnie nieodparte pragnienie wyruszenia w podróż krótką acz dla mnie niezwykłą. 20-go grudnia do 3-go stycznia byłem w drodze.
Podróż niezwykłą bo miała być nie do miejsca a do ludzi. Nie do kilka razy widzianych już monumentalnych zabytków Bizancjum, Konstantynopola, Stambułu. Do ludzi żyjących często z dnia na dzień tuż obok przepychu i bogactwa nowoczesnej metropolii.
Nie wszedłem do ani jednej z budowli tak tłumnie nawiedzanych przez turystów. Nie zjadłem ani baklawy z cukierni na bazarze Egipskim ani kebaba w restauracji. Za to widziałem zdesperowane twarze rozentuzjazmowanego tłumu na proteście. Dzieciaki biegające boso po bruku przy 6 stopniach Celsjusza, próbujące przejechać się na zderzaku samochodu. Rodzinę mieszkającą w budzie zbitej z desek. Matkę wieszającą pranie swoich dzieci na sznurze, wywieszonym wzdłuż drewnianej ściany starego budynku. Bezpańskie psy i koty utyte od nadmiaru jedzenia. Mężczyzn grających w karty i inne gry przy swoich fajkach wodnych. Wędkarzy zarabiających na życie łowieniem ryb z mostu Galata. Zobaczyłem to na co patrzeć nie chce się przyjeżdżając do Stambułu na zwiedzanie. Lepiej patrzeć z podziwem na potęgę która bezpowrotnie przeminęła, niż na to jakie piętno owa potęga pozostawiła po sobie na dziś.
Może też chciałem pojechać motocyklem. Na przekór tradycji i zasadom pod koniec grudnia. Zdobyć nowe doświadczenie. Pewnie jakieś 90% drogi to była autostrada. To dla mnie właśnie nowe doświadczenie i przymus jednocześnie, zważywszy na porę roku.
Może też chciałem rzucić sobie małe wyzwanie. I pobyć sam. Fizycznie bo mentalnie to niemożliwe. Może się zdawać komuś, że jadąc samemu jest w drodze sam. Zdany na łaskę przypadku. Nikt nigdy nie jest sam, choćby chciał tak myśleć. Ja też sam nie byłem, ale dowiedziałem się o tym dopiero w potrzebie.
Milena i Szparag czyli Stajnia Motocyklowa. Napisałem do nich z Serbii przez Messenger w niedzielne popołudnie, żeby zaczerpnąć wiedzy o tym co się stało i jak sprawić, żeby motocykl odżył. Mogłem na nich po ludzku liczyć. Na dodatek wiem zawsze kto odpowiada pisemnie. Szparag jest szorstki w słowotwórstwie i po męsku tłumaczy procedury  :deadgrin: A Milena nie jest i nie była nigdy Wiedźmą ale i tak będę ją tak nazywał  O0 Wtedy na autostradzie w deszczu pomogli mi bezinteresownie.
Marek Włóczykij Stan. Bieszczadzka Przystań Motocyklowa jest jego oczkiem w głowie. Wiecie co zrobił? Napisał do mnie. Napisał tak: „Motór działa czy wsiadać w busa? Przyczepka sprawdzona pasy spakowane”. To nie pitolenie ziomka do ziomka z fejsa. To jest cholernie budujące i wzruszające, kiedy facet z przeszłością wartą napisania o nim trylogii, pisze te słowa do takiego łazika jak ja, 23 grudnia wieczorem.
A Zeljko z KTM Promoto Centar? Przypadek sprawił, że wpadłem w ręce trzech ludzi, którzy zakasali rękawy i naprawili co popsute w dzień sylwestrowy. Też bezinteresownie.
To dlatego uważam, że będąc w podróży sami, wcale sami nie jesteśmy. Ja nie byłem.
Muszę jeszcze o Kaczorze koniecznie  :deadbandit: Bo gdyby nie Kaczor to by mi ręce odpadły z zimna. W ostatniej chwili dostarczyła mi cienkie rękawiczki pod grube rękawice. Drobna rzecz niby ale znacząca. Pewnie będzie mi zaraz wypominała, że jeszcze nie zapłaciłem za nie  :deadgrin: Gdyby nie przychylność moich przełożonych, to też nie było by tego wyjazdu. Sami widzicie, że wcale nie jechałem sam  :moto:
Teraz siedząc przez monitorem komputera i pisząc te słowa, piję gorącą kawę przywiezioną ze Stambułu. Będzie mi codziennie towarzyszyła we wspomnieniach tych których nie opisałem i tych o których wiecie, póki się nie skończy. Nietrwałe pamiątki wymuszają niejako tęsknotę za nowymi.
Przejechałem około 4700 km. Letnich rękawic nie założyłem ani razu. Temperatura wahała się w podróży od 6 do -3. Często padało, marzłem i mokłem a raz miałem cykora. Ogólnie miałem dobrą albo bardzo dobrą pogodę jak na tą porę roku. Na miejscu bez motocykla pod sobą wytrzymałem pięć dni. Długo jak dla mnie bo droga jest celem. Wszystko inne jest w drodze mniej ważne.
-201 dni do wyjazdu. Wtedy martwy, porysowany ekran GPS może znowu pokaże mi jakąś drogę.



Dystans 358km
Średnia ruchu 79.9km/h
Czas ruchu 4:28h



CF

KONIEC
« Ostatnia zmiana: Styczeń 12, 2020, 20:37:50 wysłana przez CeloFan »
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline Hiszpan_JS

  • TDM User
  • okolice Tarnowa
  • 20 km/h
  • *
  • Wiadomości: 43
  • TDM 850 4TX '98
Odp: O Stambule, zimowej porze i o akumulatorze.
« Odpowiedź #12 dnia: Styczeń 12, 2020, 23:01:15 »
Powinni zakazać Ci pisania. Czytanie o Twoich podróżach uzależniania, jak narkotyk. Jest niedziela wieczór, leżę w kabinie ciężarówki gdzieś na autostradowym parkingu, i czytam o Twojej podróży. I widzę te wąskie tureckie uliczki, tą mgłę na autostradzie, czuję na nogach chłód od podmuchów wiatru, kostnienie palców rąk i wibracje silnika. CeloFan JESTEŚ WIELKI :deadtop4:
Dogodzić wszystkim się nie da, ale zdenerwować wszystkich to już żaden problem.