Autor Wątek: Szczupak po fińsku  (Przeczytany 22916 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 807
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Szczupak po fińsku
« dnia: Wrzesień 20, 2018, 21:54:16 »
-4 dni do wyjazdu.

Zażyłem rok temu nieprzeciętnych, letnich upałów nad Zatoką Perską a tej wiosny burz i słońca południa Europy. Czas spróbować się z jesienną pogodą na północ od naszej krainy. Zostały cztery dni do wyjazdu, do krainy tysiąca jezior. Tysiąc to zbyt trywialna liczba, bo jest ich podobno ponad 187 tysięcy!
No to już chyba nie muszę pisać gdzie leży i jak się nazywa ta prawdopodobnie piękna, dzika i zalesiona ziemia.
Nie będzie mi łatwo. Nie dlatego że być może będzie zimno. Nie dlatego że deszczowo. Nie dlatego że zabieram namiot. Nie będzie łatwo, bo zrobię doświadczenie. Pojedzie ze mną Kaczor.
Kaczor mimo wszystko jest z rodzaju Homo Sapiens. Chude to to, drży jak osika przy najmniejszych oznakach chłodu. 20 st C to już delirium i hibernacja. Samo nie podniesie motocykla kiedy mi upadnie. Brakuje temu doświadczenia w motocyklowaniu, więc prowadzić będę musiał sam. Na wyjazdy zabiera wielką torbę pełną chemii do podtrzymywania życia i urody. Łącznie z lakierem do paznokci i specyfikami na... migreny. Na szczęście fatałaszków mniej, bo cóż innego od smukłej sukienki na ten zbiór kości wejdzie.
Za to Kaczor posiada pewne cechy, które wprawdzie nie zapewnią przetrwania, ale przynajmniej mogą spowodować że nie skoczę załamany z pierwszego napotkanego mostu. Zawzięte to jak potrzask w lesie, podobno potrafi zmywać, udaje że jest nie do ubicia i nie dąsa się (tu mam pewne wątpliwości). Poza tym niewiele je i długo wytrzymuje bez picia.
Doświadczenie które planuję jest absurdalnie proste a metodologia absolutnie niezawodna. Sprawdzę jak długo ten żywy twór przetrwa z dala od cywilizacji, wygód, ciepła i mydła. No i w moim towarzystwie. Wyznaczę zadania do wykonania i popatrzę ile zniesie i kiedy zejdzie.
Kiedy zejdzie albo kiedy ja zejdę ... Wszak to i dla mnie wielkie wyzwanie, otwierać gębę częściej niż przy ziewaniu. W razie potrzeby humanitarnej pomocy którejś ze stron, mam siekierkę z obuchem.
Motocykl już prawie gotowy. Opony nowe, klocki też. Jeszcze jedna operacja poważna, ale napisze o niej za chwilę.
Mieszkanie "wypożyczone" zaufańcowi na czas wyjazdu. Nóż naostrzony, zapas trytytek i srebrna taśma czekają do spakowania.




-1 dzień do wyjazdu.

Od kilku tyś km, motocykl nie trzyma obrotów na biegu jałowym. Co za tym idzie, komfort jazdy zmniejszył się do minimum, bo nie ma hamowania silnikiem. Czasem silnik wyje kiedy zatrzymuję się a ostatnio pracuje na biegu jałowym jakby chciał zgasnąć. Sprawa nasila się i słabnie. Poszukałem rozwiązania tak jak potrafiłem najlepiej a najlepiej rozwiązuje mi się takie sprawy w serwisie  ;)
Tam zdiagnozowano usterkę. Silnik krokowy. Ponieważ nie da się go kupić osobno, trzeba wymienić przepustnice. W ASO koszt przepustnic to ponad 4 tyś zł. Oczywistym jest, że kupiłem część na rynku wtórnym, za ułamek tej ceny. Czas zapętla już postronek na szyi i rzutem na taśmę, dziś właśnie, odebrałem sprawny motocykl. Pojadę i to pojadę sprawnym motocyklem   :)






31.08.2018
1 dzień podróży. Warszawa – Suwałki.


Nie jest łatwo usiedzieć w pracy, choćby była najlepsza, kiedy głowa już w trasie. Resztką siły woli doczekuję. Sprawdzam mocowanie bagażu, sadzam Kaczora z tyłu i co?! Kaczor zabrał jabłka, czekoladę, laptop, inne niezmieszczalne w bagażu bibeloty i spinacze do bielizny, ale nie zabrał kominiarki. Po drodze jest sklep na szczęście, więc jak się wzruszyłem, tak w tej samej chwili schowałem nóż na miejsce :)
Trasa na Białystok zakitrana kilometrami. Buduje się. Zupełnie wypadło mi to z głowy. W Łomży tankowanie i obiad z hot-dogów. Na Mazurach pola namiotowe pozamykane albo w nieprzystępnych cenach. Tak dojeżdżam do Suwałk. Tutaj znalazł się jakiś domek. Coś tam majstruję przy GPS na jutro, prysznic, kolacja z kubków zalewanych wrzątkiem i spać.   






1.09.2018
2 dzień podróży. Suwałki – Ryga




Pobudka o 7:00. Wyjazd 2 godziny później. A to kawa a to coś tam i coś tam. Właściciel tego miejsca odmawia śniadania bo nie ma kto zrobić. Jemy jajecznicę w zajeździe dla TIR`ów za Suwałkami.
Litwa to nudna, szybka i prosta droga, czasem remontowana z ruchem naprzemiennym. Łotwa w sumie też na drodze tranzytowej nie wyróżnia się czymkolwiek. Z nudów, na postoju, chciałem zamknąć Kaczora w chłodni TIR`a, ale stawił potężny opór i musiałem zrezygnować.
W Rydze przypadkiem trafia się hostel. Rozładowany motocykl zostawiam na parkingu strzeżonym obok i w miasto.
Nie lubię miast za bardzo, ale to jest wyjątkowe pod jednym względem. Przez 5 kilometrów piechurowania nie zauważyłem ani jednego papierka, peta, gumy ani nawet liścia z drzewa na chodniku albo ulicy. Poza tym jest tu dużo parków, są ciche tramwaje i rzeka po której można pływać łódkami. To tyle z Rygo-niusów.








2.09.2018
3 dzień podróży. Ryga – Tallin.




Pobudka o 6 (7 czasu miejscowego) Do Tallina blisko. Ta sama droga, te same widoki i tak samo prosto. Jedynym urozmaiceniem jest parking z którego widać Morze Bałtyckie. No nie jedynym. Na chwilę rozpadało się a temperatura spadła do 11 st.C. Za 10 km padać przestaje. Zatrzymuję się na stacji benzynowej a tam motocykliści z Finlandii … zajadają lody porozbierani jak na plażę prawie :)
Nocleg w piwnicy w Tallinie. Kupujemy w porcie bilety na prom Stenaline i zajadamy pizzę przy starówce. I jak tak zajadamy tą pizzę, jakaś estońska pani, cofając samochodem, tryka motocykl aż ten się zakołysał. Widzi że widzę. W milczeniu, po estońsku, odjeżdża nawet środkowego palca nie pokazując na zgodę. Brrrr.
Prom jutro o 12:30. Można się wyspać do woli.




3.09.2018
4 dzień podróży. Tallin - Helsinki.




Ostatni krok do celu. Jest około 18 stopni, słonecznie. Pogoda oszczędza.
Jeszcze w Tallinie, Kaczor idzie do marketu po przyprawy do ryb. Kupuje plastikowe talerze, snickersy, wodę mineralną, słodkie bułki i bagietkę. Czego nie kupił?  :D
Żeby nie dopuścić do pojedynku, partyzantki i agresywnych zachowań, przed lądowaniem na promie, odwiedzamy sklep wędkarski. Tu kupuję jeszcze jedną wędkę i kołowrotek. Będzie łowienie ryby na dwie wędki.
Teraz na prom. Jest jeszcze dużo czasu. Motocykl stop i kawa. Oglądamy mapę, grzebię w GPS, obgadujemy murzynki przy stoliku obok i natrętnego gołębia bez kszty strachu wędrującego między ludźmi po talerzach ze słodkimi bułkami.
Po uprzejmym good morning, zagaduje nas Fin. Ma na imię Antti. Jest fotografem i przyjechał do Tallina na sesję jakiegoś miejsca czy budynku. Rozumiem tylko rdzeń wypowiedzi ale to wystarczy żeby zagaić o dobre miejsce na nocleg po tamtej stronie Zatoki Fińskiej. Tak zagaiłem że dostałem namiar na kemping na obrzeżach Helsinek. Antti nawet uprzejmie zadzwonił w tej sprawie do swojego kolegi, upewniając się, że mówi prawdę i że kemping jest czynny. Rozstajemy się podyktowaniem numeru telefonu w razie potrzeby i uściskiem dłoni.
Jest 11:50, więc dużo czasu jeszcze. Za 10 minut Antti znowu pojawia się w kawiarni, bo zapomniał ostrzec nas, że powinniśmy już dawno być na odprawie, przed wjechaniem na prom. No tak. Nie chciało się poczytać, to się nie wie że jak się chce promem do innego kraju, to trzeba być godzinę wcześniej tu gdzie trzeba być i nie jest to kawiarnia portowa. Rachunek, Kaczor na pokład, silnik start i już jesteśmy… Jesteśmy w labiryncie dróg i nie wiadomo która dobra. Jakoś trafiam do bramek wjazdowych. Pusto i cicho. Wszyscy już przy statku. W jednej bramce człowiek. Chce paszporty, bilety. Pokazuje żeby jechać inną bramką. Nawet jakiś numer podał, ale kto by tam odgadł jaki. Krążę i krążę. Tu TIR`y a tu zamknięte. Tu zupełnie zamknięte a tu ściana. Wracam do bramek a ten macha zniecierpliwiony że to tu, dwie bramki obok. Wjeżdżam. I znów linie, ścieżki, drogi pooznaczane numerami nad głową. Jadę na azymut. Jest. Jest kolejka samochodów i obok tej kolejki motocyklista. Jestem w punkcie.
Motocyklista wjeżdża w gardziel olbrzymiego promu, to ja za nim. Jestem w środku. Nerw puszcza. Człowiek z obsługi już mocuje pasami motocykl, już podkłada kliny pod koła ale to nie koniec nagonki. Bardzo ważny pan wpada jak pocisk do ładowni i do mnie coś podniesionym głosem. Na dodatek po fińsku. Jak zobaczył moje zdziwienie, to przeszedł na angielski. Coś o bilecie, kontroli i co ja sobie myślę. Chyba powinienem pokazać bilet zanim tu zakotwiczę motocykl. Krótkie, bełkotliwe I`m sorry i zdenerwowanie ustępuje z twarzy biletera. Odpuszcza całkowicie a napięte mięśnia twarzy wiotczeją. Zna się te zaklęcia… :)
Prom ma ze 12 pięter a na każdym coś innego. Baseny, sauny, siłownie, restauracje, bary, puby, perfumerie, sklepy bezcłowe, pewnie też kościół i kasyno. Pierwszy raz płynę takim wieżowcem. Płynę ale wcale się nie kołyszę. Nawet nie słychać silników. Czuć tylko lekkie mrowienie i to tylko kiedy monstrum się rozpędza.
3,5 godziny. Tyle czasu trzeba sobie zagospodarować, żeby się nie nudzić płynąc do Finlandii. Z gospodarności takiej jestem znany i… idę podrzemać. Kaczor z resztą też osłabł na ławce przy lewej burcie.



To szare na zdjęciu poniżej to właśnie Kaczor. Wbrew pozorom oddycha jeszcze.





Finlandia.
Z promu wyjeżdżam po południu. Jest wielki jak wieżowiec i trudno trafić nawet do odpowiedniej ładowni, gdzie zostawiłem motocykl.





Helsinki. Pierwsza rzecz na tej ziemi, to pozwolenie na połów ryb. 15 E za 7 dni za osobę. Człowiek w sklepie z artykułami do produkcji much wędkarskich pokazuje gdzie jest R kiosk. Można kupić pozwolenie właśnie w R kiosku. Z łatwością dojeżdżam w odpowiednie miejsce, gubiąc się tylko trzy razy. To przy stacji metra. Sprawę załatwia Kaczor. Ja lenię się przy motocyklu.
Kemping jest tak dobrze oznaczony już od centrum, że mógłbym uczyć GPS drogi tam. Nazywa się Rastila Camping. Drogo, czysto, cicho, pusto i coraz ciemniej. Bleh... :) Trawa przystrzyżona. Namiot trzeba rozbić minimum 4 metry od innego namiotu. Cóż… Jest tylko jeden, bardzo daleko stąd.



Kuchnie, prysznice i wszystko inne w nienagannym stanie. Namiot stoi. Teraz trzeba nawinąć żyłkę na nowy kołowrotek. Kaczor oddala się na długość żyłki. Mały ten Kaczor się wydaje ze 150 metrów. Zwijam wszystko na kołowrotek. Załatwione. Na kolację jabłka, czekolada i bagietka czosnkowa.



CDN.

« Ostatnia zmiana: Wrzesień 20, 2018, 22:36:01 wysłana przez CeloFan »
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline Falkon48

  • TDM User
  • Przemyśl
  • 180 km/h
  • ****
  • Wiadomości: 499
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #1 dnia: Wrzesień 20, 2018, 22:10:39 »
Celo  :deadtop4: super

Offline Ozzy

  • TDM User
  • Wrocław
  • 120 km/h
  • ***
  • Wiadomości: 140
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 21, 2018, 07:19:34 »
Czekam na dalszą część  :deadtop4:

Offline Vivaldi

  • TDM User
  • Gdańsk. Czasem Świecie
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 3267
  • 3VD '91 > 4TX '99 > 5PS '06 + SHL M11 '64
    • Świecie :)
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 21, 2018, 08:56:43 »
Celo,

ale tak w połowie przerywać ? Wiesz, że przerywanie szkodzi ? No jak tak można ??
Vivaldi,
TDM 5PS '06, SHL M11 '64


Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 807
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #4 dnia: Wrzesień 21, 2018, 09:02:54 »
 :deadtop4:
Dalej pojadę w niedzielę.
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline ®udy

  • TDM User
  • Kraków
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 953
  • Kurczaczek '02
    • Podróze 360
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #5 dnia: Wrzesień 21, 2018, 13:37:07 »
Spalismy w Tallinie w tej samej piwnicy :D Pisz pisz, zapowiada sie ciekawie jak zwykle ;)

Offline Raffik

  • TDM User
  • Wieś pod Krakowem, miedzy Wieliczką a Bochnią... Kiedys Katowice...
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 1885
  • CRF1000AS
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #6 dnia: Wrzesień 21, 2018, 13:58:56 »
a gdzie fotorelacja z obdzierania kaczki?
Four wheels to move Your body...
Two wheels to move Your soul...

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 807
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #7 dnia: Wrzesień 23, 2018, 21:06:19 »
 :deadtop4:

4.09.2018
5 dzień podróży. Helsinki – Wschodni brzeg jez. Nasijarvi.




Z Helsinek na północ.
W rześki poranek popijając gorącą kawę w GPS wystukuję współrzędne, które zapewnią dostęp do wody pełnej ryb, miejsce na biwak, ognisko i ciszę wśród dzikiej przyrody. Miejsc takich pełno w Finlandii. W tym czasie obóz sam pakuje się do wyjazdu.



Skorzystałem ze strony www.tulikartta.fi (nie wiem czemu teraz, kiedy pisze te słowa, strona nie działa). W każdym razie droga na północny brzeg jez. Pukala to 190 kilometrów nieskomplikowanej asfaltówki z odcinkami „specjalnymi” po szutrach w lesie. Tyle mówią GPS i GoogleMaps.
Już mam odjeżdżać ale nie ma Kaczora. Z patrolową prędkością przemierzam przestrzeń kempingu. Namierzony. Kaczor jest w trakcie robienia prawa jazdy na jednoślady. Znalazł okazję do ćwiczeń z przeciążeń i pokonywania zakrętów na symulatorze.









Cóż. Jaki jest koń każdy widzi. Póki co za dużo mocy.
Po szkoleniu na przód. W rzeczywistości jest jak ma być, z tym że po zjechaniu z asfaltu okazuje się, że niektóre drogi zablokowane są prężącymi się znakami zakazu wjazdu albo znikają, zamieniając się w wątły szlak pieszy między gęsto rosnącymi drzewami. Poza tym jest dość urokliwie. Szeroka na pięć metrów mocno ubita szutrowa droga faluje w górę i w dół. Łagodnie skręca nad małe oczka wodne, żeby za chwilę oddalić się w cień lasu. Jest dość chłodno i takie wpadanie w nasłonecznioną drogę jest bardzo odprężające. W cieniu wszystko wraca do normy i znowu czuję dygot za sobą. Ale ani znaku, słowa, gestu czy nawet szturchnięcia. W myślach przyznaję Kaczorowi punkt za wytrwałość w znoszeniu swoich biologicznych słabości.
Ignoruję jeden z zakazów, który okazuje się zwykłym skrótem leśnym od asfaltu do asfaltu. Zaraz wjeżdżam w inną boczną drogę. Już blisko nad Pukala. Cóż z tego, skoro jedno rozwidlenie prowadzi do szlabanu a drugie do prywatnej posiadłości. To może Neejarvi. To jezioro jest blisko. Pojadę kawałek.



Tutaj to samo. Obiecująca droga kończy się na kilku niezamieszkałych teraz domkach letniskowych. Jest też szlaban. Oczywiście zamknięty. Chwila namysłu, dumania nad mapą i innymi punktami ze strony tulikartta. Osobiście już dawno odpuściłbym sobie ale Kaczor zawzięcie kombinuje, jakby tu na dziko i na dziko. Nad jeziorem i z ogniskiem. W swoim postanowieniu jest tak zdeterminowany, że chce spacyfikować jeden z domków nad jeziorem. Kiedy wybijam z gorącej głowy ten mętny pomysł, przyznając mi rację, Kaczor zamierza się kopniakiem w stary i pokryty już pleśnią grzyb. Właściwie to markuje kopnięcie głośno oznajmiając, że mimo wszystko daruje, wybacza i niech sobie tu starzeje się do końca. Cóż… Z jednej strony charrrakterek niczego sobie, z drugiej zaś niepokojące sygnały pociągu do destrukcji otoczenia. Muszę przemyśleć czy nie wozić na wierzchu sznura i nie zatrzymywać się „przypadkiem” przy mocno zakorzenionych drzewach. Wiem, że ogólnie potępiane jest wiązanie zwierzaków w lesie ale o ludziach tego nie słyszałem.
Wracając do tematu. W krainie tej, można spać wszędzie pod warunkiem, że zachowa się odległość 150 metrów od zabudowań. Nie ma. No nie znalazłem. Czy to szutrowa droga czy asfaltowa, zawsze prowadzi na miejsce piękne acz zastawione domkami. W desperacji szukam coraz gorszych dróg. Skręcam w każdą i każda na swoim końcu zniechęca domkami. Są wszędzie. Efekt jest zawsze taki właśnie albo trafiam na koniec drogi w lesie. Jeden z takich końców prowadzi motocykl na polanę. Otoczona szczelnie lasem, wypełniona wysokimi trawami, może pozwolić ostygnąć silnikowi i choć przez chwilę wsłuchać się w tutejszą przyrodę.
Sielanka trwa bardzo krótko. Tuż po zdjęciu kasku, atakują mnie czarne mucho-pająki! Bezczelnie przysiadają na ubraniu, dłoniach i na twarzy. Czuję jak łażą po głowie. Zapach sprowadza je do zdjętych rękawic. Lądują na kasku i wszystkim co miało kontakt ze skórą. Są ciche. Te potworki nie boją się machania rękoma, nie są im straszne żadne sposoby odganiania działające na komary. Siadają na skórę i włażą pod włosy. Na dodatek nie sposób żadnego zaklaskać na śmierć. Nawet jak zbyt lekko się takiego zgniecie, tuż po upadku maszeruje jakby nigdy nic. Kaczor oddalił się nieco i tańczy.  Pierwsza myśl to że nie trzeba. Umawialiśmy się przecież. Żadnych takich. Jednak jakoś tak nieskoordynowanie się rusza. No można nie umieć a mimo to nadrabiać pewnością siebie ale aż tak…? To nie taniec. To zmasowany atak stworów poruszył zmarznięte członki. Dociera do mnie, że i dźwięki które słyszę od pewnego czasu, nie pochodzą od dzikiej natury. Uświadamiam sobie też, że Kaczor biegnie w moją stronę wyma****ąc rękoma ale ta agresja nie jest skierowana przeciwko mnie. Uff. Natychmiastowa ucieczka. Wyłuskuję z włosów Kaczora pobieżnie co tam łazi i na motocykl. Las bez jeziora też się nie nadaje do zamieszkania. To znaczy już jest zamieszkały.
Kemping. Szukam kempingu. W małym, sennym miasteczku zatrzymuję się po chleb. Kaczor idzie po jeden bochenek a ja rozgrzewam się na nasłonecznionym parkingu. Kaczor wraca. Taszczy nigdzie niezmieszczalny gabaryt: dwie paczki bułek, przyprawę do ryb i wodę w butelce. Jej poprzedniczka odpadła na wybojach, źle przymocowana do bagażu. Z tym punktem za wytrwałość w znoszeniu słabości to się pospieszyłem. Siadam na motocykl, za mną reklamówka i za reklamówką Kaczor.
GPS pokazuje niedaleko kemping. Skręcam w boczną drogę. Kilkaset metrów i zatrzymuję się na wzgórzu z którego spomiędzy drzew przeziera tafla wody a na niej przystań dla jachtów. Ani śladu miejsca na obóz.



Pekka.
Pojawił się znikąd na swoim nowym, wielkim GS1200ADV. Siwy, nie za krótki włos, ruchliwe oczy, pewny krok. Kilka zdań w suomi, kilka po angielsku i niezbyt rozumiejąc intencje, jadę drogami szutrowymi za nowym znajomym.



Za kilka kilometrów zatrzymujemy się na małej leśnej polanie, nad wielkim jeziorem. Jest pomost, łódź wiosłowa, łódź motorowa. W oddali duży, drewniany dom, kilka mniejszych. Wszystko to w zatoce z widokiem na wyspę z głazów. Osłonięta przed wiatrem ziemia przyjmuje swoich gości stygnącym już słońcem i brakiem nawet jednego komara. To ziemia Pekki.



Pierwszą czynnością po zdjęciu kasków jest wiskanie Kaczora z reszty mucho-pająków. No w lesie widocznie nie byłem za dokładny i coś tam wybrałem dla świętego spokoju ale nie wszystko.
Pekka jest podróżnikiem. Na różnych motocyklach objechał wszystkie kontynenty. W 2009r. przyjechał do domu na kupionym w Indiach, nowym Royal Enfield. W 2012r. przejechał z przyjaciółmi od Alaski do Patagonii. Wydał swój album z tej podróży. Przejechał Afrykę, Australię i oczywiście Europę. Teraz jest na emeryturze.
Rozbijam z Kaczorem obóz przy domku gościnnym (chyba). Teraz jest zamknięty. Nowy kolega odjeżdża, bo wcześniej umówił się na cotygodniowy zlot po drugiej stronie jeziora. Jezioro nazywa się Nasijarvi.











Wygląda na obiecująco rybne. Idziemy na wędkowanie. Nie będę dokładnie opisywał tej żałosnej próby sił z płytką, pełną kamieni zatoczką. Niech będzie dość, że Kaczorowi idzie lepiej bo zrywa gumę z przyponem, woblera z przyponem i plącze żyłkę tak, że węzeł gordyjski to przy tym supełek z kokardką.



Właściciel tego urokliwego miejsca wraca za dwie albo trzy godziny ze swoją przyjaciółką. Wsiadam z Pekką do jego łodzi wiosłowej i płyniemy daleko w jezioro.





Tu, na wodzie niechronionej już przed wiatrem, podryguje mała bojka. Podnoszę ją z powierzchni wody i ciągnę. Przyczepiony do bojki sznur z trudem wyrywam z toni. Ciągnę tak i ciągnę i wyciągam na moje oko jakieś 15 może 20 metrów. Na jego końcu metalowa pułapka a w niej pełno okoni i raków.



Całą zdobycz, już na łodzi przerzucamy do wiadra. Wracamy, a ja po drodze wyrzucam za burtę najmniejsze ryby. Przy pomoście raki wędrują do metalowego sadzyka zanurzonego w wodzie. Okonie idą na ruszt. Tak się łowi ryby tutaj. Skutecznie.
Pekka rozpala ogień. Trochę kory z brzozy, trochę batonowanych nożem szczap i gotowe. Od jednej zapałki. Patroszy ryby. Żadnej przyprawy specjalnej. Tylko sól. W życiu nie jadłem tak smacznych okoni.





Sauna.
Noszę wodę z jeziora, Pekka rozpala w piecu. Piec jak piec. Palenisko na dole ale na piecu sterta kamieni. No i obok tej sterty pojemnik na wodę wpuszczony do wnętrza. No i rura kominowa. Za godzinę wszystko gotowe. Dziewczyny idą pierwsze. Kaczor wstydliwie zdezorientowany ale opór mija po piwku. Kiedy obie panie smażą się i otwierają pory w ukropie oddychając wrzącą parą, idę za Finem do innej, nieczynnej teraz sauny (są trzy). To chyba zimowa wersja. Uboższa, bo domek skromny ale w środku… Dookoła siedzisko z desek a na samym środku słup kominowy a na nim skóry reniferów. Na tych skórach siada się zimą, żeby było miękko chyba. Dach schodzi się do środka od samego wejścia w odwrócony lejek. Tuż przy wejściu, u podstawy daszku skrytka. Podnosi się jedną z desek i wkłada głęboko rękę. Ze skrytki Pekka wyjmuje butelkę pełną fińskiej wódki i dwie małe, drewniane chochle. Zalewa jedną odrobiną alkoholu, kręci energicznie i wylewa na zewnątrz. Cóż mi pozostało - robię to samo. Teraz właściwa porcja ląduje w „naczyniu” i w ustach. Wcale nie drapie. Repeta. Z nieczynnej sauny wychodzę jakby weselszy a i krew czuję, że rzadsza.



Nie będę opisywał wrażeń z sauny. Niech będzie dość, że wchodziłem tam dwa razy. W międzyczasie, w zimną noc, wskakuję na golasa do czarnego jak smoła i zimnego jak samo Zimno jeziora. Młodość się przypomniała :) Nadmienię jeszcze, że wywinąłem potężnego orła na śliskiej, terakotowej podłodze. Strat zero :)



Pierwszy kontakt z Finami to zaskoczenie. Zawsze miałem przed sobą obraz ludzi zamkniętych w sobie, zdystansowanych. To nieprawda.
Kończymy ten dzień w nocy. Jest godzina 0:30, czyli 1:30 miejscowego czasu.

Cdn.
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline Mirek

  • TDM User
  • Katowice
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 848
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #8 dnia: Wrzesień 23, 2018, 21:53:24 »
Celo, jak się czyta te Twoje relacje i ogląda te Twoje filmy to chciałoby się olać to wszystko, sprzedać resztę , zatankować i  gdzie oczy poniosą .....
 :deadbeer:   :deadtop4: 

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 807
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #9 dnia: Wrzesień 24, 2018, 08:37:23 »
 :deadtop4:
Właśnie tak to u mnie wygląda mniej więcej :)
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 807
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #10 dnia: Wrzesień 25, 2018, 16:52:27 »
 :deadtop4:

5/6.09.2018
6 i 7 dzień podróży. Jez. Nasijarvi – Konnevesi




Rano żegnamy się z Pekką.
Na pierwszej napotkanej stacji zatrzymuję się na kawę, śniadanie ze snickersów do kawy, no i mycie. Tutaj też otwieram wielką jak podwójne prześcieradło mapę papierową i oglądamy skandalicznie wielką ilość jezior. Trudno się zdecydować. Jadę do wczesnego popołudnia a potem poszuka się czegoś godnego uwagi.
Godzina czternasta. Miasto Suolahti. Trzeba coś wybrać. Skręcam w czterocyfrowo oznaczoną drogę, prowadzącą nad jezioro Autionselka. Czterocyfrowa nazwa drogi oznacza skrajnie zaniedbaną, podrzędną szosę, czyli wąski ale równy jak stół asfalt. Znów skręcam. Teraz szuter. Prowadzi, (do czego już się przyzwyczaiłem) tylko na swój koniec zwieńczony letnimi domkami. Trzeba zawrócić. W drodze powrotnej próbuję jeszcze w różnych miejscach. Skutek podobny. Brzeg zamieszkały albo zabudowany. Trzeba wrócić do Suolahti. Tutaj zatrzymuję się w czymś w rodzaju parku z plażą i z małym pomostem. Widok na huczącą i dymiącą fabrykę po drugiej stronie jeziora. W akcie desperacji Kaczor próbuje przegłosować rozbicie obozu właśnie tutaj. Na szczęście jestem silniejszy. Czym prędzej z Suolahti odbijam na wschód.
Motocykl toczy się niespiesznie, jak wszystkie pojazdy tutaj. Słońce na postojach rozgrzewa nieco. Jest prawie 15 stopni. Szeroka i równa 69-tka, prowadzi między jeziorami do Konneversi.
W Konnevesi jest duży sklep. Zatrzymuję się tu po chleb albo bułkę. Po zakupy idzie Kaczor a ja w tym czasie kontempluję urodę tutejszych kobiet. Chyba kobiet. Kaczor wraca za 15 minut. W wypchanej reklamówce taszczy dwa piwa, wielką paczkę bułek zwykłych, drugą taką samą bułek z jakimś dodatkiem, ciastka i dwie duże wody niegazowane. Nie chcę myśleć co by Kaczor przyniósł gdyby trzeba było kupić coś więcej niż jeden chleb. Że nie ma gdzie tych wszystkich dóbr upchnąć, znów na motocykl siadam ja, za mną wypchana reklamówka, za reklamówką Kaczor. Na szczęście pole namiotowe jest tuż za miastem.
GPS jakby wiedząc, że już wystarczy na dziś poszukiwań, prowadzi najkrótszą, piaszczystą drogą przez posesję rolnika. Teraz nie za gęsty las i z lasu wpadam na szeroką asfaltówkę, a ta kończy swój bieg na nabrzeżu przystani wodnej. Dojeżdżam do samego pomostu. Dalej jezioro. Obok stalowego zbiornika na wodę stoi chudy, nie za wysoki człowiek w czerwonym podkoszulku z logiem H-D. Zajęty tłumaczeniem czegoś swojemu rozmówcy zerka w stronę motocykla. Wydaje się, że to ktoś dobry do zasięgnięcia informacji. Zresztą w pobliżu oprócz tych dwóch, nikogo nie ma. Niewysoki zna angielski. Na dodatek jest właścicielem albo zarządcą całego terenu.
– Czy można tu rozbić namiot? – Pytam plątanym angielskim. Niewysoki rozgląda się znaczącym spojrzeniem po pustej, zielonej przestrzeni. Przecież można. Przeprasza swojego rozmówcę i idziemy do recepcji. Po drodze (choć krótka) opowiada o swojej jeszcze nierozpoczętej przygodzie życia. Jurto leci do USA, żeby tam na Harleyu przejechać całą Route 66. Oto spotykam człowieka, który właśnie przestaje marzyć i już jutro swoje marzenie spełni. Każde zrozumiałe czy niezrozumiałe przeze mnie zdanie, błyskiem w oku i ledwo skrywaną euforią zdaje się potwierdzać radość Niewysokiego. Swój człowiek. Znam to uczucie.
Mała drewniana budka przy ścieżce mieści w sobie recepcję kempingu, komputer, trochę dokumentów, kubek i szufladę. Obok lodówka z lodami i zimnymi napojami. Z szuflady Niewysoki wyjmuje formularz meldunkowy. Trzeba go wypełnić. Kaczor chwyta za kartkę, zabiera długopis jego właścicielowi i … wpisuje MOJE dane, które muszę podyktować. Imię, nazwisko, data urodzenia, numer paszportu, obywatelstwo, adres zamieszkania. Wypełniwszy wszystkie pola podsuwa mi kartkę.
– Podpisz. To podpisuję. Teraz już wie o mnie wszystko. I właściciel kempingu i Kaczor. Po wniesieniu stosownej opłaty, Kaczor odbiera klucz do kuchnio-prysznico-łazienki. Opłacone do jutra a zostać można do kiedy wola.
Kiedy tyle wolnej przestrzeni, trudno się zdecydować gdzie jest najlepsze miejsce na obóz.





Jest tu duży, łamany pomost i dwa proste. Te dwa proste to stanica z wycieczkowymi statkami, motorówkami i nawet łodzią ratowniczą. Cisza i spokój. Jest bezwietrznie a kiedy zza chmur wyjdzie słońce, znośnie ciepło.







Wypadło nad jeziorem, tuż przy nieczynnej saunie, pod brzozą z budką dla ptaków. Szybko rozstawiamy namiot, zrzucam motocyklowe, ciężkie ciuchy. Kaczor odwrotnie - dorzuca coś na siebie. Wędki uzbrojone. Pierwsze rzuty w wodę. Kaczor rozpoczyna karierę wędkarską. Drugi rzut i z łatwością wyszarpujemy z wody małego szczupaka. Zaraz po nim na ten sam wobler daje się nabrać kilka okoni. Trzy do szczupaka na kolacje wystarczą. Reszta do wody. Nie sądziłem, że będzie to tak absurdalnie łatwe.







Jest już ciemno. Wypatroszoną zdobycz niosę do kuchni a tam, za pomocą piekarnika Kaczor załatwia resztę. Nie ma nic lepszego od gorącej ryby w wieczorny ziąb. Najadłszy się, wracamy do namiotu, po drodze czyniąc ustalenia co do następnego dnia. Wślizguję się w śpiwór. Zostajemy tu na jeszcze jeden dzień.
Jeszcze jeden dzień wędkujemy. Od rana Kaczor rządzi na wodzie. Obrzuca każdy centymetr wody różnymi przynętami. Na nic innego nie ma czasu. Amok! Za to rzuca coraz celniej i coraz dalej. Żyłka już się nie plącze. Sam zmienia przynęty. Ma nawet rękawiczki do zmywania w razie gdyby coś złapał i musiałaby sam rybę odhaczyć. Wszystko to na pomoście. Ranek niezbyt hojnie obdarowuje zdobyczami. Kiedy po kilku godzinach rzucania Kaczor ma dość, porzuca swoje główne zajęcie na rzecz zrobienia kawy. Mam więc kawę i snickersy. Zmordowany Kaczor idzie do namiotu a ja szukam kamyka nadającego się na ciężarek. Mam. Teraz łopatka i zabieram się za drenowanie ziemi. Są ale jakieś takie mizerne te robaki, że niektórych nie dałoby się na haczyk nawlec. Przywiązuję kamyk do bocznego troku i wszystko w wodę. Złowione płocie i leszcze wypuszczam. Za wcześnie na obiad.







Zbliża się popołudnie. Jest około 10 stopni. Kiedy od tego siedzenia na chłodzie, trzęsę już członkami w kierunku pomostu zbliżają się dwie panie. Na sobie mają … stroje kąpielowe. Finowie to zahartowani ludzie. Przywitawszy się uśmiechem, dziarsko wskakują do jeziora. Za 10 minut, niespiesznie wynurzają się, żegnając zmarzluchów uśmiechem.
Wędrujemy po pomostach, wszystkie dokładnie obławiając. Kaczor raz nawet złowił statek wycieczkowy. W efekcie na kolację szczupak prawie dwa razy większy od tego z wczoraj. Okonie do wody. Przy kolacji przeżywam ostatni rzut dnia i zerwanego Bardzo Wielkiego Szczupaka. Czy zerwanego? Nie zerwał się od tak. Źle skonstruowałem węzeł na przyponie i żyłka się po prostu przetarła. Ale był taaaki wielki. Z czasem w moim wyobrażeniu pewnie urośnie jeszcze bardziej:) Zabrał ze sobą najłowniejszy wobler.

"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 807
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #11 dnia: Wrzesień 27, 2018, 20:21:16 »
 :deadtop4:

7.09.2018
8 dzień podróży. Konnevesi – Łowisko specjalne.




Po śniadaniu z kubków zalewanych wrzątkiem, zwija się obóz spod brzozy. Wyznaczam raczej azymut niż docelowe miejsce i w drogę. Jest rześko. Temperatura w okolicy 10 stopni, pełne zachmurzenie ale sucho.
Dla rozgrzewki zatrzymuję się na stacji benzynowej. Kaczor idzie po kawę. Oczywiście nie byłby sobą gdyby nie dokupił czegoś ekstra. I tak to zajadam hot-doga, przepijając czarną, gorącą, rozgrzewającą kawą.
Po autostradzie jeździ się tu z prędkością 120km/h. To wystarczy przy tej pogodzie i niedopasowanym ubiorze, żeby skostnieć i lekko stężeć.
Za Kuopio GPS odmawia posłuszeństwa. Zawiesza się i nie chce pokazywać niczego oprócz prędkości. Resetuję, czyszczę pamięć, wyjmuję baterię, trzęsę, podrzucam, rzucam o ziemię. Tak przez jakieś 100 km. Nic nie pomaga. Dopiero kiedy wyłączyłem mapę ściągniętą z Openstreetmaps, urządzenie odzyskuje świadomość. I tak do tej pory nie pamiętam jaką drogą do tego doszedłem. W każdym razie mapa przestała współpracować.
Kaczor korzystając z każdej okazji ucina sobie drzemki. Chyba niewyspany. Prawdopodobnie znowu dygotał w nocy z zimna ale oczywiście milczy o tym. Na noc ubiera na siebie coraz więcej warstw przeróżnych ciuchów, przez co z pewnym wysiłkiem wciska się do swojego śpiwora. Wygląda przy tym jak larwa w kokonie.



Nastaje wczesne popołudnie i tradycyjnie już wypatruję odpowiedniego miejsca. Znienacka, tuż przy drodze wyłania się znak z symbolem przyczepy kempingowej. Skręcam. To łowisko specjalne. Niewielki jak na tutejsze warunki akwen, kemping nad samym jeziorem i mały, pływający pomost. Kilka drewnianych, nowych domków i kilka starych. Wielki drewniany dom z „recepcją” i mini sklepem. Do recepcji idzie się wśród bibelotów i różności na sprzedaż jak na pchlim targu.
Właścicielka tylko w suomi. No to każdy po swojemu. Rysujemy sobie na kartce jak kto umie a to namiot a to cenę za pobyt tutaj, to znów mapkę gdzie co się znajduje. Jest miejsce na namiot i dodatkowe pozwolenie na połów za 5 Euro. Załatwione. Kaczor znów wpisuje moje dane a ja podpisuję. Już prawie wszystko zna na pamięć.





Wszędzie grzyby. Namiot szybko się stawia. Przebieram się i nad jezioro.





Kaczor doubiera się i też łowi. Chybotliwy pomost kołysze się przy każdym ruchu. Rzucać można właściwie tylko przed siebie. Po obu stronach pływają liście kaczeńca i rosną rzadkie szuwary. Wszystko bezskutecznie. Przy pomoście dwie łodzie. Wynajduję dwa kapoki, chociaż nie wiem po co dla Kaczora... A już wiem! Kaczor nigdy nie pływał łódka. Cykor jeży włosy na głowie. To znaczy jedno - ja wiosłuję. No trudno.
Z łodzi wylewam wodę. Łagodną perswazją umieszczam Kaczora na prawie suchym pokładzie. Nawet zbytnio się nie szarpie. Wrzucam wędki i na polowanie. Przecież z łodzi zawsze się coś trafi. Tylko w jakimś amoku, zamiast obławiać brzeg przy trzcinach, płynę na środek i tam próbuję sił w toni. Bez osiągnięć.



Wracamy. Na brzegu stoi (jak się potem okazuje) Rosjanin. Wyciąga okonie jak ze sklepu rybnego. Walę burtą o pomost. Ten się nie przejmuje. Burczę tylko zazdrośnie coś jak dzień dobry, nie siląc się nawet na angielski. Udaję właściwie że go nie widzę. Idę na kawę ale… ciekawość zwycięża. Wracam dopytać. Na robaki łowi. Robaków nie mam ale jestem przygotowany! Idę do motocykla. Chwytam markową łopatkę z Castoramy i w pole. A tam pod trawą piach i ledwo jedna mizerota się znalazła. Czyli nic. Mimo to, zakładam haczyk zamiast woblera. Do tego kamyk zamiast ciężarka. Ten sam, z którego skonstruowałem wczoraj zestaw gruntowy. Tak uzbrojony, dodatkowo z bułką Kaczora w kieszeni, idę znów na pomost. Tam już dwóch Rosjan. Nie stoją na pomoście tylko wypływają "moją" łodzią! W ostatnim momencie zagaduję o robaki. Tym sposobem wyżebrałem dwa czerwone i trochę białych. Popłynęli. Teraz to jest łapanie! Na ten kamyk i na ten haczyk łowię leszcze, okonie i płocie. Kaczor uparł się na spining. Coś mi się zdaje, że bardziej chodzi tu o bilans cieplny niż o sama metodę. Złowione ryby wpuszczam do innej łodzi, częściowo zalanej deszczówką.



Ryb uzbierało się tyle, że od wracających z udanych połowów Rosjan dostaję zaproszenie na wódkę z grillem. Dokładnie w tej kolejności. Chłopaki są z Sankt Petersburga. Wrócili tu po raz kolejny zemścić się na sztuce, która ciągnąc ich łódź, umknęła.
Andriej oporządza ryby w kuchni a z Rodionem rozprawiamy o tym i owym. Właściwie o wędkowaniu najwięcej. Z łódkowania wrócili ze szczupakiem 4 kg. Dzień wcześniej złapano tu 25 kg sztukę! Oglądam wędki, plecionki i przynęty. Słucham wskazówek i rad jak początkujący buddysta Dalajlamy. Trochę politykowania, opowieści o życiu w Rosji, sytuacji na świecie, o kobietach, automobilizmie, przygodach. I tak do nocy.



Z każdym kęsem wyśmienicie przyrządzonych ryb zapijanych trunkiem, zaprzyjaźniamy się coraz bardziej. Biesiadowanie kończymy w absolutnych ciemnościach, rozświetlanych jedynie przygasającym żarem paleniska. Chwiejnym krokiem wracam do namiotu, prowadzony po linii prostej przez rozbrechtanego Kaczora. Ale sam widziałem jak Kaczor pije wódkę! I teraz nasuwa się decydujące pytanie: kto kogo prowadzi?!
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 807
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #12 dnia: Wrzesień 28, 2018, 22:40:01 »
 :deadtop4:

8/9.09.2018
9 i 10 dzień podróży. Łowisko specjalne – Naapurivaaran




W nocy przymrozek zabiela wszystko wokół. Rozdygotany Kaczor luzuje szpilki namiotu. Rano, Andriej i Rodion wracają z połowów z dwoma szczupakami 3 i 6 kg. Nie rezygnują jednak. Będą tu do niedzieli.



Zapraszają na śniadanie ale ani tu już nie połapię ani tu za ładnie jak na warunki w Finlandii. Chcę odjechać w inne miejsce. W związku z tym gmeram w kufrze „żywnościowym” i wydłubuję puszkę tuńczyka w sosie własnym. Bułka dodaje sytości do szybkiego dania.
Nie pada. Coraz później słońce przebija się przez chmury i mgłę. Wtedy jest przyjemnie, chociaż mam na sobie sporą część ciuchów. Po długim zwijaniu obozu, żegnamy się z kolegami. Pomysł na dziś? Szukamy sklepu wędkarskiego.



Niezbyt urozmaicona droga wiedzie mnie do Kajaani. W Kajaani gorączkowe poszukiwanie sklepu. Najpierw przypadkowo znaleziony Intersport. Tu nie ma działu odpowiedniego ale jest miła pani która podaje dokładny adres nadający się do wstukania w działający już GPS.
Motonet, to nazwa wielkiego sklepu z działem wędkarskim. Wpadamy tam i za godzinę ze sklepu wychodzę jak Kaczor co poszedł tylko po chleb. Przynęty, więcej przyponów, główki jigowe, do nich gumki, blaszki, wirówki, haczyki, robaki i kilka innych gadżetów. Mam nawet plecionkę, którą można holować tankowce. Objuczeni różnościami wracamy do motocykla. Wędkarskie nadzieje rosną jak na drożdżach. Mimo że jeszcze wcześnie, za cel wyznaczam wschodnią część jeziora Nuasjarvi. To przez niecierpliwość. W końcu każdy chce jak najszybciej wypróbować nowe sposoby, metody i przynęty.
Vuokatti to spore miasto, nad którym góruje wielka skocznia narciarska. Namiary z GPS nie sprawdzają się. Kończę poszukiwania miejscówki na polu golfowym. No to inne koordynaty. Kluczę chwilę po mieście i trafiam na dobre miejsce pod samą skocznią, tylko tutaj ani namiotu nie wolno rozbić ani nie ma dostępu do jeziora. Za to stoi tu chyba ze dwie setki nowych kamperów. W recepcji znajduje się pomocna dłoń i za pomocą miejscowej gazetki z mapą, dostaję namiary na pole namiotowe. Z tym bagażem wiedzy wracam do miasta. Trzeba zatankować.
Stacja samoobsługowa oferuje najdroższą benzynę w historii wyjazdu. Chyba to jakiś znany region turystyczno-sportowy jest i stąd ceny adekwatne do statusu. Wypadałoby jeszcze nasmarować łańcuch. Otwieram kufer, wyjmuję butelkę po coca-coli, w której wożę olej przekładniowy kupiony jeszcze w Iranie. Taki właśnie do smarowania napędu. Otwieram pogniecioną przygodami butelkę. Ajć! Motocykl na kosie. Trzeba ciężkie bydle postawić na centralkę. Chwytam za kierownicę, za stelaż. Kaczor napręża muskuły z drugiej strony i ciągniemy na trzy-czte-ry. Motocykl na centralce a olej na asfalcie. Zająwszy się ciężarem, zapomniałem o otwartej butelce. Cały wylał się właśnie na asfalt. O nie! Nie tylko na asfalt… Na but też. Teraz błyszczy jak ryba pokryta śluzem. O nie! Asfalt, buty i spodnie. Szeroki strumień zostawił swój tłusty ślad i na spodniach, od uda po kostkę. Nawet nie ma jak zwalić winy na Kaczora.
Kilka kropel zostało, więc tą resztką smaruję łańcuch. Asfalt i but wycieram papierem. Spodnie zostawiam w spokoju.
Od celu dzieli mnie kilka kilometrów. Zatrzymuję motocykl nad jeziorem, na kempingu. Kiedy nie ma chmur, widać stąd nawet skocznię narciarską w Vuokatti.
W recepcji połączonej z barem i restauracją stała procedura. Kaczor wypełnia kartę meldunkową moimi danymi a ja tylko podpisuję. Nie pamięta już tylko numeru paszportu. Pani w średnim wieku z włosami w kolorze purpury odbiera wypełniony dokument i trochę po rosyjsku a trochę po angielsku opowiada gdzie co jest. Tu kuchnia, tam prysznice, tam pomost i łódź, tutaj miejsce na ognisko a tam – szerokim gestem wskazując kierunek – miejsce na namiot. I tam właśnie, między rzadkimi drzewami, na miękkiej trawie rozstawiamy namiot. Są braki w prowiancie. Porzuciwszy cały dobytek, wracam do miasta. W markecie Kaczor pokazuje co potrafi, jeśli nie robić ograniczeń. Odjeżdżamy w stałym składzie po takich akcjach. Czyli ja, reklamówka, Kaczor. Tylko teraz są dwie reklamówki.
Zakupy do namiotu. Zwijam byle jak żyłkę z kołowrotka, którą tak skrzętnie nawinąłem w Helsinkach za pomocą Kaczora. Teraz sytuacja się powtarza. Ja przy namiocie, mały Kaczor 150 metrów ode mnie.
Z perspektywy pomostu jezioro wydaje się bardzo duże. Dopiero na mapie zobaczyłem że to „tylko” zatoka olbrzymiego akwenu. Teraz z wędkami na wyścigi do pomostu.







Tu doświadczenie nie gra roli. Dobre miejsce. Zostaniemy tu jeszcze jeden dzień.



Rano około 7 jesteśmy nad wodą. Nie jest tak przyjemnie jak wczoraj. Silny wiatr przegania mgłę z parującego jeziora. Górą przewalają się szare chmury. Widoczność słaba i nie widać drugiego brzegu. Temperatura nie za wysoka. Na łódź nie ma szans ale wciąż jest pomost. Rybom to nie przeszkadza i z bursztynowej wody wydobywam szczupaka i sporego okonia. Niedługo słyszę przeciągłe Artuuuuur! PomuuuuuSZ! To Kaczor zaciął - co? No szczupaka. W podekscytowaniu podskakuje na pomoście, kręci kołowrotkiem, popiskuje nieartykułowalne samogłoski. Szczytówka prawie dotyka tafli wody, ryba już niemal przy szczytówce. Z akcji wędki i rozciągliwości żyłki utworzył się sztywny hol. Kaczor jednak nie w ciemię bity. Chwyta w lot, że coś jest nie tak i odpuszcza żyłkę. Wszystko wraca do normy. Już prawie spokojnie, tylko nieco podrygując, prowadzi swoją zdobycz do brzegu. No i są dwa szczupaki. W związku z tym, okoń stacjonujący w wiadrze załatwionym u pani z purpuro-fryzurą odzyskuje wolność.  Obiad złowiony na kolację.









"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 807
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #13 dnia: Wrzesień 29, 2018, 10:50:11 »
 :deadtop4:

10.09.2018
11 dzień podróży. Naapurivaaran – północno-wschodnia część jez. Puruvesi




W każdej podróży, przychodzi taki moment, kiedy przestajemy oddalać się od punktu początkowego. To jest ten dzień właśnie. Oczami wyobraźni, zanim uruchomiłem po raz pierwszy motocykl i żegnając się z moim miastem, widziałem się gdzieś daleko na północy. Jechałem po nieutwardzonych drogach leśnych, spotykałem łosie. Obozowałem nad nieczęsto odwiedzanymi przez ludzi jeziorami i gotowałem wodę na kawę nad ogniskiem. Bez sztywnego trzymania się wcześniej skonstruowanego planu, tak się nie da w tym kraju. Tu jest zbyt ciekawie w s z ę d z i e.
Na dodatek, jak już pisałem, jedzie się tu dziwnie komfortowo. Niemal wszyscy przestrzegają ograniczeń prędkości. Pół kilometra przed Tobą jedzie samochód. Ty jedziesz 90 km/h a pół kilometra za tobą inny samochód. Droga mija a ten układ nie zmienia się, póki ktoś nie skręci albo dojedzie do celu. Świetne drogi asfaltowe i ekstra szutrowe, tylko dodają uroku okolicy. Nie ma 10-cio kilometrowego odcinka bez widoku wody. A woda czysta w kolorze bursztynowym. Grzyby jadalne rosną wszędzie. Wielkie i nigdy niezbierane, zostają do końca na swoim miejscu. Kiedy widać niebo spoza chmur jest ono niespotykanie niebieskie. Nocą "świeci" wyraźnie widoczna Mleczna Droga.
Kaczor sprawuje się dziwnie dziarsko. Udaje odporność na zimno, robi kawę, łowi ryby jak zawodowiec i codziennie sprawdza czy do butów nie weszły pająki. Moimi rękoma oczywiście. Żyje Nutellą i rybami. Gardzi wygodami jak rasowy Prepers ale marzy po cichu o masażu, saunie i w ogóle o jakimś resorcie SPA!





Tak więc z Naapurivaaran nad zatoką, która zdawała mi się być wielkim jeziorem, jadę na wschód do Karelii północnej. Tak się nazywa ten region na mapie.



Tu jeziora są inne. Woda jest kryształowo przejrzysta. Wyraźnie widać żwirowe dno a plaża jest piaszczysta.
Mimo słonecznej pogody nie da się jechać w normalnych rękawicach a nie przepadam za podgrzewanymi manetkami. Zamieniam na zimowe. Nie wpinałem do tej pory podpinek ale na wierzch wciągam przeciwdeszczówki. Teraz da się jechać czując, że się w ogóle jest. Kaczor robi to samo, tylko na dłonie zakłada cienkie jedwabne rękawiczki, na nie normalne rękawice motocyklowe. Tak opakowane dłonie zwija w pięści i na to wszystko zakładam Kaczorowi wojskowe-zimowe rękawice z goreteksem, pożyczone od brata na tą okazję. Mam jeszcze podgrzewacze termiczne na różne części ciała ale Kaczor z dumą i odrazą odrzuca to rozwiązanie.









Jezioro Puruvesi. Gdzieniegdzie z wody wystają głazy. Rzadkie szuwary rosnące nawet daleko od brzegu, nie nastrajają wędkarsko. Jest płytko.







Jadę wzdłuż wschodniego brzegu. Wnosząc po drogowskazach jest kilka kempingów ale wszystkie pozamykane.
Świetne miejsce na wakacje z dziećmi ale nie na złapanie kolacji.
Przyzwyczajony do udogodnień szukam pomostu. Kilka kilometrów dalej, zamknięty szlaban do kempingu. Z bocznej drogi wyjeżdża samochód. To właściciel. Kilka zdań po angielsku (Jego. Ja tylko przytakuję i coś tam po swojemu próbuję dukać). Kaczor w tym czasie jest na przeszpiegach. Koniec końców, za pozwoleniem, wjeżdżamy na teren kempingu. Ledwo zsiadłem z motocykla, kiedy tylko silnik zamilkł… Kaczor znikł. Przez kilka minut widzę tylko migającą między drzewami postać. Bliżej, dalej, z prawej i z lewej. Wszędzie. W końcu wraca z wieściami: kuchnia tam, WC tam, prysznice tam, a tam wielki grill i drewutnia. O tam za tym drzewem. A tam jest prąd. No ten kołek z puszką białą. No i trzeba uważać gdzie nogi się stawia, bo wszędzie grzyby i jagody.
Po tym wyczerpującym raporcie, namiot stoi nad jeziorem w rzadkim lesie z sosen. Jedyny namiot w okolicy.





Wędki gotowe ale nici z prawdziwej kolacji. Płytko i płaskie dno. Ryby nie będzie. Rozpalam stojący nieopodal ceglany grill pod zadaszeniem. Dziś rządzą liofilizanty z torebki. W sumie pożywne i dla głodnego nawet smaczne ale nie ma to jak szczupak albo okonie...





Mam ze sobą fajkę, którą dostałem kiedyś od przyjaciela. Teraz mogę w zadumie kontemplować przyrodę i gasnący dzień.





Ale nie. Jest jeszcze Kaczor! Kręci się, krząta, zagaduje, układa, ustawia i modernizuje. Dopiero zaspokoiwszy swój pęd do symetrii i porządku, najedzony, przysiada żeby posiedzieć. Do tego czasu jednak, tytoń w małej wrzoścowej fajce wypala się do szczętu. Zimno nocy dokuczliwie smyra po plecach, ogień przygasa.
Czas do namiotu.

« Ostatnia zmiana: Wrzesień 29, 2018, 10:56:33 wysłana przez CeloFan »
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • La Roqueta
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 807
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: Szczupak po fińsku
« Odpowiedź #14 dnia: Październik 01, 2018, 20:17:13 »
 :deadtop4:

11.09.2018
12 dzień podróży. Północno-wschodnia część jez. Puruvesi – Jez. Keskinen.




Dzisiejszy dzień zaczyna się o 7 rano. Budzik w smartfonie wypędza z namiotu, chociaż zimno podpowiada, żebym zabrał Kaczorowi śpiwór i pospał jeszcze trochę w dwóch.
Niska temperatura spowalnia ruchy. Korzystam z prysznica i gorącej wody. Zwijanie obozu idzie bardzo sprawnie ale jeszcze kawa w lesie, jeszcze ciastka do kawy, jeszcze przegląd grzybów. Około 10-tej uruchamiam silnik. Tym razem na południowy zachód w kierunku Helsinek.
Słońce wzeszło na bezchmurnym niebie tylko na chwilę. Teraz na drodze niby mgła, niby wilgoć. Taki „mokry” wiatr wbija się w każdą szczelinę ubrania, dotkliwie wbijając swoje lodowate szpilki. Na postoju, Kaczor zakłada górę od przeciwdeszczówek. Nieocenione rękawice wojskowe, za duże o kilka numerów, wsuwam Kaczorowi na pięści, chronione już dwoma parami innych rękawic. Noooo, teraz Kaczor zaczyna wyglądać jak kaczor.



W Mikkeli jest market, serwis oponiarski, kawiarnia i stacja benzynowa. Zatrzymuję się, żeby zatankować motocykl. Ponad wierzchołkami drzew widać ciemne chmury. Nie przejmuję się zupełnie, przyzwyczajony do stabilnej poprawy pogody z biegiem dnia. Owszem jest pochmurno i zimno ale najwyżej nieco tylko zimniej niż do tej pory. Wszystko jednak jest na opak. Dziś słońce świeciło rano i przez kilka kwadransów. Ruszam ze stacji i może pięć kilometrów za miastem ląduję na parkingu. Lodowaty, mocny deszcz zmusza mnie do założenia kompletu przeciwdeszczówek. Zimowe rękawice na dłonie. Foliowa podpinka też chroni od zimnego wiatru. Kaczor zakłada spodnie od nieprzemakalnego kompletu.
Liczę że to przelotny opad ale wyznaczam kurs na obojętnie jaki kemping, w pół drogi do Helsinek. Mam wrażenie, że im dalej jadę, tym więcej deszczu i tym chłodniej. Wiatr wzmaga się z każdym kilometrem. W końcu ulewa przypomina urwanie chmury nawiewane wielkim wentylatorem. Robi się ciemno jak w nocy. Koła samochodów podnoszą wodę z jezdni. Wicher rozszalał się gnąc drzewa. Motocykl w przechyle, jak żaglówka, trawersuje do przodu. Każda odsłonięta przestrzeń to uderzenie, zaskoczenie i niekontrolowane manewry po całym pasie drogi. Niebo zasnute szarymi chmurami wyrzuca z siebie tony wody. Słaba widoczność.
Za późno spostrzegłszy skręt z głównej drogi, muszę jechać prosto. Teraz trzeba improwizować. Za kilka kilometrów, kątem oka widzę znak który wielokrotnie mijałem jadąc drogami Finlandii. Prostokątny kawał blachy. Na niej, na białym tle symbol brązowej ryby walczącej na żyłce. Choć unikałem tych miejsc sądząc że to komercyjne bazy wędkarskie, teraz skręcam w boczną drogę, licząc na szybkie rozstawienie namiotu i może jakiś twardy kawałek dachu na gorącą herbatę. Posłusznie jadę za drogowskazami.
Przypadkowo znalezione miejsce, okazuje się dobrą alternatywą dla namiotu. Do tej pory bywało najwyżej pochmurno a kiedy wyszło słońce, temperatura rosła nawet do 16 st. C. I nocą bywało znośnie mimo przymrozków a to za sprawą zimowego śpiwora wojskowego i dmuchanego materaca, który naprawiałem tylko raz. No i nie padało. Teraz czar pogodnych dni w Finlandii prysł.





W deszczu, pod wiatą z rowerami, czekam na kogoś z recepcji. Na drzwiach domku-recepcji napisano że będzie o 14. No i jest. Pani na szczęście mówi po rosyjsku. Ustalamy cenę za domek, bo namiotu nie można tutaj rozstawić. Jest jezioro, łodzie, domki, sauna, miejsce z grillem murowanym. No to chyba będzie uczta. Wystarczy ją złowić. Odstawiam motocykl pod wskazane miejsce. W środku nie ma łazienki ani kuchni ale jest schludnie, czysto i pachnie nowością. Do miejsca na spanie trzeba wejść na antresolę po wąskich, drewnianych schodkach. Elektryczne grzejniki obiecują ciepło i szybkie schnięcie tego co zmokło. Kaczor przezornie włącza oba i dla pewności jeszcze jeden znosi z góry. Jest też czajnik elektryczny, więc będzie i herbata. Deszcz jakby nieco osłabł. Wypakowany bagaż rozstawiam w przypadkowych miejscach. Nie ma czasu. Woda tak blisko!



Na prędce zbroję wędki i na ryby. Nikt się nie przebiera, bo deszcz na przemian z wiatrem sprawdzają wytrzymałość wędkarzy. Ryby też. Nawet jednego brania. Zmieniamy przynęty, sposoby, miejsca. Nic. Kaczor już prawie zamarznięty dygocze tak, że pomost robi fale z tą samą częstotliwością. Idzie więc do wynajętego domku ogrzać się. Elektryczne kaloryfery na pewno już zadziałały. Za chwilę wraca wcale nieogrzana i idziemy tam razem, bo… dymi się instalacja elektryczna. W środku smród tlącej się izolacji zatrzymuje proces oddychania. Chyba niewiele zabrakło do pożaru. To był ostatni z tanich domków.
Spodziewając się wyrzucenia niedoszłych podpalaczy, idziemy w tej sprawie do recepcji. O dziwo z przeprosinami i podziękowaniem za zwrócenie uwagi na dymiącą niedogodność, właścicielka zamienia niedoszłe pogorzelisko na inny domek. W prawie spalonym będzie nocował elektryk.
Przenosiny trwają kilka chwil. Z dwupokojowego, drewnianego domu z dwoma wejściami, dwoma tarasami, wyposażoną we wszelkie narzędzia kuchnią i wszystkim innym, jakoś inaczej patrzy się przez okno. I tu nic nie dymi z kontaktów. Podejrzewam Kaczora o celowy sabotaż, ale milczę, bo tu ciepło i też pachnie nowością. Z ryb nici ale nie do końca. Na kolację puszka z tuńczykiem i puszka z golonką.



Przestawiając motocykl usłyszałem hałas ze sprzęgła. Cokolwiek niewyraźne to odgłosy ale kto by się przejmował. Tutaj i tak niczego nie naprawię w razie potrzeby, bo musiałbym nerkę sprzedać. Albo... Sprzedam Kaczora ostatecznie.





Kaczor na razie zostaje. Nie sprzedaję. Jutro przecież na ryby. Może się przydać.
Nieprzerwanie leje, wieje i jest poniżej 10 stopni.



Po raz pierwszy w Finlandii, przez okno z ciepłego pokoju, patrzę co się dzieje na zewnątrz. W świetle lampy na tarasie, widzę tylko zaparkowany motocykl przyjmujący na siebie cięgi od natury. Dalej czarno.

----------------------

12.09.2018
13-ty dzień podróży. Jezioro Keskinen


Wędkowanie.
Pobudka o 6 miejscowego czasu. Jest zimno. Deszcz jakby osłabł po całonocnej pracy ale wicher wciąż przesuwa postrzępione chmury z zawrotną prędkością. Uzbrojony w wędkę, idę nad jezioro. Kaczor założył na siebie wszystko co możliwe z ciuchami motocyklowymi i przeciwdeszczówkami włącznie.
Pytanie przyrodnicze: Jakiego koloru kaczor ma łapy?





Wygląda jak Michelinek na ciężarówce, tylko w innym kolorze. Jest szerszy niż wyższy i idąc, kiwa się na boki przez ograniczone ruchy. W sumie nie odstaję od tego widoku, tylko jestem szczuplejszy i ładniejszy :)
Nad jeziorem... to nie jezioro, tylko zaorane, ruchome pole. Wiatr zrywa z fal białą pianę i niesie bryzę na następne skiby. Pływający pomost unosi się i opada nieregularnie. Przymocowany do wbitej w dno rury, trzeszczy przeraźliwie. Stojąc na nim ma się wrażenie płynięcia rozpadającym się kutrem. Huczą drzewa. Rzuty przynętą są możliwe tylko w jedną stronę -  z wiatrem. Kilka godzin prób nie przynosi żadnego skutku. Jeszcze tak i siak i inaczej. Nic. Bezrybie. Przy innym pomoście, gdzie nieco spokojniej, podrygują przycumowane dwie łodzie wiosłowe.



W desperacji biorę dwa kapoki, wylewam wodę z jednej łodzi i płynę po Kaczora, walczącego z wiatrem na trzeszczącym pomoście. Wypłynąłem może 20 metrów od brzegu. Przestaję wiosłować i w tej samej niemal chwili, jesteśmy jakieś 100 metrów za wszystkim co widziałem tu do tej pory. Pokonany wracam do pomostu, łódź wraca na swoje miejsce. Desperacja wędkarska gdzieś przepadła :)



Po południu, przez smartfon rezerwuję bilety na prom z Helsinek do Tallina. Trzeba wydrukować potwierdzenie. W recepcji jest wszystko, więc drukarka też. Pijąc kawę rozmawiamy z panią, która zajmuje się tym miejscem. I stała się jasność.
- Tutaj ryba nie żeruje psze pana. Tutaj w sezonie jest plaża, ludzie się kąpią i ryby się boją. Tam -pokazuje w nieokreślone prawo - jest ujście rzeki. Trzeba rzucać w trzciny. Tam stoją średnie szczuki (szczupaki). O takie - i rozkłada ręce na boki, żeby pokazać jakie to są średnie. - A tam (pokazuje w lewo) jest przesmyk a za przesmykiem jeszcze większe jezioro i 30-to metrowa głębina. Tam łowi się na trolling, łodzią motorową. Takie sztuki tam stoją - mówi, pokazując dłonią tuż nad głową.
No to sobie połowiłem. Oczywiście od kilku dni jestem świetnym wędkarzem i to wina pogody a nie złego rozeznania :)





Wieczorem pakowanie na jutro. Jutro pobudka o 5:00. Prom odpływa o 10:30 a trzeba być godzinę wcześniej. Przedtem znaleźć port albo chociaż biuro armatora. To tylko 160 km ale jak się spóźnię, to bilet przepada. Na kolację liofilizowana jajecznica z warzywami. Nawet ryby w puszce się skończyły.

"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/