Autor Wątek: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na świecie.  (Przeczytany 16814 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline CeloFan

  • TDM User
  • Ua Huka
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 883
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na świecie.
« Odpowiedź #45 dnia: Styczeń 23, 2022, 00:46:04 »
Słońce chyli się ku zachodowi, ale dla mieszkańców wioski to jeszcze nie koniec dnia. Upał zelżał na tyle, że da się żyć i normalnie oddychać. Po krótkiej drzemce, jedziemy grać w piłkę nożną. Tak. W nogę. To znaczy ja będę kibicem i będę robił zdjęcia. Zabrałem się z Samadem, jego 150-tką. Jest chyba najlżejszy. Jest wytrawnym motocyklistą i świetnie radzi sobie w piachu z takim nadbagażem jak ja. Za nami podobnymi motocyklami jadą piłkarze. Jak się okazało, cześć sportowców jest już na miejscu.



















Prowizoryczne boisko, to przestrzeń z jednej strony ograniczona skarpą, na którą dojechaliśmy, a z drugiej, nie za wysokim wałem. Większość gra boso. Każde kopnięcie to masa pyłu. Wszyscy bez wyjątku grają z poświęceniem i zaangażowaniem godnym zawodowców. Nie zrelacjonuję meczu, bo chyba tylko gracze wiedzą kto przeciwko komu gra. Dodam tylko, że mecz, jak to bywa wśród pasjonatów, to pokaz nie tylko umiejętności i wytrenowania, ale też zachowań fair play, których tak brakuje profesjonalistom. Mussa natomiast, okazał się nie tylko najlepszym mechanikiem w okolicy, ale też liderem wśród piłkarzy.


























Mecz się skończył, ale nie dzień, choć już ciemno. Wróciliśmy tą samą drogą do szkoły.





***

Rozsadowiliśmy się pod ścianami. Wszyscy trzymają się za palce stóp. Ludzie napływają. Ten przyszedł właśnie, tamten już się żegna. Przychodzą, porozmawiają i odchodzą. Przyszedł też szef wioski – Eshak (Izaak) – żeby zobaczyć któż to korzysta z gościnności nauczycieli. Chudy, wysoki mężczyzna w turbanie, zasiadł pod ścianą i słuchał, niewiele się odzywając. Za to intensywnie patrzył. Samą swoją obecnością, wzbudzał ogólny szacunek.















Naliczyłem dwunastu mężczyzn oprócz mnie. Rozmawiamy na różne sposoby. Nauczyciele znają angielski, więc bardzo musze się wysilić, żeby coś z sensem powiedzieć. Tłumaczymy sobie różne słowa.

Mamnun – dziękuję
Kodahafez – do widzenia
Sobh bekheir – dzień dobry
Khab – spać
Khordan – jeść
Grazo – jedzenie
Hammam – prysznic
Pul – pieniądze
Sekkie pul – mało pieniędzy
Czek pul – dużo pieniędzy
Lebas – bluza
Birohan – tiszert
Szarlwor – spodnie
Lebose baluchi – tradycyjny biały strój 
Long – czapka biała (tradycyjny biały strój  )
Pog – też czapka biała

Innym wystarczą znaczące gesty.  Jest też mały Reza. Przyszedł z ojcem. Że też mu się chce po szkole do szkoły :) Ma ze sobą książkę do nauki dla 6-cio latków. Na pierwszej stronie (czytanej od tyłu) widnieje podobizna przywódcy Iranu…



Jeden z gości ma ze sobą nass. Nass, to zielonkawy, dobrze zmielony tytoń. Zawija się odpowiednią porcję w bibułę i wsuwa  pod dziąsło. Tak też zrobił. Nie wiem jaki jest tego skutek, ale zrobił to z upodobaniem.



Co chwila przychodzi ktoś nowy. Wszyscy uprzejmie witają się. Ze mną też.

Goście, rozeszli się a Mohammad, Samad i Ahmad zaczynają dziwne ruchy. Biorą prysznic, czeszą się, przebierają i czyszczą buty. 
Dziwią się, czemu tak siedzę, skoro zaraz wychodzimy.
- Wychodzimy?
- No tak. Nie słyszałeś? Jesteśmy zaproszeni na uroczystą kolację.
Co miałem słyszeć i po jakiemu? Opieram się znając zwyczaj taroof, ale nic to nie daje.
Jest już zupełnie ciemno. Światło kilku latarni, nie dociera tu wcale. W kałuży, po wylanej wodzie ze studni rechoczą żaby. Skąd się tu wzięły? W pięciu, idziemy, przyświecając sobie telefonami.

***

Domostwo do którego dotarliśmy jest jakby w kompleksie takich samych domów, ale cała posesja to własność jednego człowieka. Metalowa brama obita blachą i pomalowana dawno temu na niebiesko, stoi otworem zapraszając do środka. Przed bramą szczupły mężczyzna około 40 lat w tradycyjnym stroju. Zaprasza do środka witając się z każdym serdecznie. Buty oczywiście zostawiamy na zewnątrz. Dwa schodki prowadzą do pokoju z nierówną podłogą wyłożoną dywanem. Zostaję usadowiony pod ścianą. Dookoła porozkładane duże, twarde poduchy z kolorowej tkaniny. Sufit z drewna pomalowany na niebiesko. Wszyscy zasiadają wygodnie. Słowa rozmów unoszą się melodyjnie w powietrzu. Przyjemnie się słucha, choć niczego nie rozumiem.
Jest tu chłopak, który wszystkim usługuje. To syn gospodarza. Wygląda na kilkanaście lat i jak większość, nosi tradycyjny strój. Te tradycyjne stroje to lebose baluchi.
Widać, że chłopak jest dumny ze swojej roli. Teraz podaje wszystkim schłodzony sok pomarańczowy. Jak tylko komuś skończy się płyn w szklance, ten natychmiast bardzo usłużnie i z uśmiechem dolewa z dzbanka. Właściwie nie podchodzi, bo przy tej czynności zawsze jest na kolanach. Kiedy odmawiam następnej dolewki, wszyscy kończą pić sok i szklanki znikają. Teraz chłopak przynosi każdemu ciepły płyn w kolorze beżowym. Zaczyna ode mnie. Potem inni goście. Wydaje się, że doskonale zna zwyczaj i hierarchię przybyłych, albo został poinstruowany o tym. Beżowy płyn, to herbata z kozim mlekiem. Nazywa się chirczay (czyt. szirczej) Do tego cukiernica z kostkami cukru w środku. Jedną, albo dwie kostki każdy bierze do ust i to zapija herbatą. Robię tak i ja. Po wypiciu i dolewkach, chłopak znów zabiera wszystkie naczynia. Rozmowy trwają. Gospodarz, przez Mahmeda-nauczyciela, który jest teraz tłumaczem, rozpytuje mnie o różne sprawy. Jak się mam, czy mi się podoba, co sądzę o Irańczykach, które miejsca odwiedziłem do tej pory. Pytał o rodzinę, życie w Polsce, moje zdrowie. Nalega i powtarza to często, żebym czuł się jak w swoim domu. Oczywiście to niemożliwe, ale mam wrażenie, że mówi to zupełnie szczerze. Kiedy spojrzę na niego, zawsze pyta czy potrzebuję czegoś.
Po pewnym czasie, gdy wszyscy nasycili się rozmową, chłopiec przynosi olbrzymi płat zielonkawej folii. Wszyscy rozkładają ją na podłodze tak, że zajmuje większą część wolnej przestrzeni pomiędzy siedzącymi pod ścianami gośćmi. Kiedy wyrównana folia zagościła na dywanie, chłopiec i jeden z mężczyzn, zaczęli wnosić i kłaść na nią różne dania. Wniosły się więc przeróżne sałatki, ryż, kurczak robiony na różne sposoby. Średnio ostry sos z ziemniakami i czymś jeszcze. Jogurt z drobno pokrojonymi ogórkami na słonawo, plater z owocami i w końcu różnego rodzaju napoje i szklanki do nich, postawione do góry nogami. Teraz w pomieszczeniu roznosi się zapach jedzenia.
Jemy więc od razu, kiedy pan domu o to poprosił. Nie mam okazji samodzielnie wybrać dania. Pierwsze porcje kurczaka podaje mi gospodarz. Co chwila zerka na mnie i na to co jem i czego już brakuje. Choć siedzi daleko, dokłada to czego jeszcze nie spróbowałem. Na talerz kładzie kawałki melona, ryż, na to kurczaki i wszystko to zalewa sosem. Za chwilę pęknę, a końca tej uczty nie widać. Wypada odmówić? Jeśli tak to kiedy? Już, czy może kiedy osunę się na poduszki zemdlony z przejedzenia? Jeszcze pyszne małe banany. W Polsce takich nie ma. Te smakują zupełnie inaczej. Pochodzą z Iranu, bo tutaj, w tej części Iranu się je uprawia.
Wszyscy jedzą palcami, choć sztućce są. W przerwach między nie kończącymi się posiłkami, rozmawiam z Mohammadem-nauczycielem. Właśnie wspominam mu zgodnie z dobrą moją intencją, że podobają mi się lekkie i przewiewne stroje, w których Irańczycy chodzą tu na co dzień. Na moje nieszczęście nauczyciel powtórzył to gospodarzowi…. Ten, upewniwszy się, że właśnie o to chodzi, wyszedł z pomieszczenia, zostawiając na straży dopieszczania wszystkich, swojego syna. Wraca za pięć minut, dzierżąc w dłoniach biały zwój materiału. To jego koszula. To jego koszula! Taka sama w kroju jaką ma na sobie. Wręczając mi ją dwoma rękoma, nalega żebym przyjął ją jako prezent dla gościa. Mimo dużego sprzeciwu z mojej strony, wszyscy nalegają żebym przymierzył co otrzymałem. Teraz dyskutują żywo i omawiają sprawę przymiarki. Na szczęście jest za mała. Moje przymierzanie dało wszystkim wiele radości i śmiechu. Wbijając się w za małe odzienie, najpierw zaczepiam nosem o kołnierz, potem z pewnym wysiłkiem wbijając ramiona w rękawy, zawieszam się tak, nie mogąc cofnąć ruchu. Z pomocą przychodzą nauczyciel z gospodarzem. Kiedy pogrążony już, w uścisku za małej koszuli stoję, czując się jak szynka przed wędzeniem, śmiechom nie ma końca. Radosny, nie prześmiewczy, czy drwiący to śmiech. Przyjacielski. Teraz jeszcze tylko zdjąć ją tak, żeby się nie porwała. Bez trudności się nie obyło, ale z pewną ulgą oddaję koszulę właścicielowi też dwoma dłońmi. Pod koniec przedstawienia nie jestem nawet zażenowany. Ten śmiech był życzliwy i wesoły po prostu.
Teraz wspólnie zwijamy folię z resztkami po jedzeniu. Folia zabrana. Przyszedł czas na sjestę. Dyskusje trwają i jest kilka wątków. Nic nie rozumiem, póki ktoś nie zagai nauczyciela, żeby o coś mnie zapytał. Słowa falują dźwięcznie, zmieniając ton i prędkość wypowiadanych słów. Nikt już nie trzyma stóp przy sobie. Wyciągnięte nogi a każdy na swój sposób układa ciało na poduszce należącej teraz tylko do niego. Swobodne pozy sprzyjają relaksowi. Stara klimatyzacja błogo koi umęczenie po skwarze całego dnia. I ja rozkładam się wygodnie, pozwalając opaść ciału na moją poduchę. Właśnie, metaforycznie, poczułem się jak w domu.















***

Długim pożegnaniom nie ma końca. Blask żarówki nad wejściem do budynku, rozświetla krótką drogę do bramy. Tutaj stoi gospodarz i żegna swoich gości. Długie pożegnania, przyjacielskie gesty, uściski i pocałunki. Witali się jakby nie widzieli się lata i żegnają się, jakby rozstawali się na długi czas. I mi w udziale przypadła część tych serdeczności.
Wracamy do szkoły. Znów marne światła telefonów, niepewnie przenikają absolutną ciemność pod stopami. Za sobą słyszę zgrzyt zamykanej bramy. Światło nad wejściem do pomieszczenia jadalnego, skrywa się za bramą i w końcu gaśnie. Jeszcze raz wpadam na skraj kałuży. Wyskakuje z niej stado żab. Trzeba uważać, żeby nie zdeptać którejś. W pokoju szkolnym pogaduchy. Znów przyszli goście i następni i następni. I tak do późnej nocy. Niewiele rozumiejąc Farsi, czepiając się każdego słowa wypowiedzianego po angielsku, napawam się tą chwilą. Ludzie ci żyją inaczej niż Europejczycy, ale pragnienia mają takie same. Jest ojciec z dzieckiem, jeszcze jeden, nowy nauczyciel, mieszkańcy którzy dowiedzieli się o moim przybyciu. Jestem atrakcją. To pewne. Ale nikt nie wie jaką naukę i ile przyjemności z obserwacji wyniosę z tego miejsca. Późną nocą wszyscy żegnają się ze mną oprócz nauczycieli. Śpię między dwoma z nich. Trzeci oddał mi swoje miejsce i teraz śpi w poprzek w nogach.
Oto Iran. W jednej chwili będąc samotnym, w drugiej będziesz otoczony ludźmi.

CF

Mapy:





"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • Ua Huka
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 883
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na świecie.
« Odpowiedź #46 dnia: Luty 01, 2022, 16:14:26 »
 :deadtop4:

28–my dzień. 17 maja.

Licznik: 102220 – 102865
645km

Kombaki – Dulab (wyspa Qeshm)

Na drogę, od nauczycieli, dostałem zamrożoną wodę w butelce i jeszcze dwie zimne. To nie byle co. Taki zestaw włożony do czarnego plecaka i wystawiony na słońce w czasie drogi, potrafi trzymać względny chłód prawie cały dzień. Trzy razy 1,5 litra, to za mało na jednego człowieka, ale można po drodze uzupełniać zapas. Jeśli trafi się butelka z lodówki, tym lepiej. Zgrzana słońcem woda z plastiku, jest ohydna w smaku.

Mechmani jest tu samozwańczym kucharzem i o 6:30 zrobił pobudkę na śniadanie. Tak od razu nie wyjechałem z Kombaki.
Zdaje się, że dziś dzieciaki ze szkoły będą miały test końcowy. Taka klasówka z całego roku szkolnego. Jest ich coraz więcej przy szkole. Później nauczyciele rozjadą się do swoich odległych domów rodzinnych.
Chciałem wszystkim zrobić zdjęcie, ale grupowego się nie da. Chłopcy stoją karnie pod ścianą pozując i niektórzy nawet mają z tego frajdę. Dziewczynki za to, zobaczywszy mnie, otwierają oczy ze zdziwienia, a widząc wycelowany obiektyw, uciekają jak stadko spłoszonych ptaków. Która uciec nie zdążyła, chowa się pod stołem w klasie, albo narzuca na siebie czarną chustę i daje nogę za budynek. Może nie powinienem. Każdy tutaj ma swoją życiową rolę, wpajaną od dziecka.










Nie lubię pożegnań. Tym bardziej, kiedy wiem, że prawdopodobnie już nigdy się nie zobaczymy. Tylko zdjęcia będą przypominały mi Mechmaniego, Ahmada, Samada - moich gospodarzy, Mussę, który tak chętnie i bezinteresownie wymienił dętkę w kole i bezimiennych przez moją słaba pamięć biesiadników z wczorajszego wieczora.






***

Nie wiem czy patrzeć na drogę, czy rozglądać dookoła. Myślałem, że widok wzdłuż wybrzeża Zatoki Perskiej (właściwie Omańskiej) będzie monotonny, aż do Bandar-e-Abbas. Wcale tak nie jest.
Są skały jakby podrapały je potwory. Tafle wypiętrzone, popękane i zastygłe pod kątem 45 stopni. Jaka siła złamała płytę i wypiętrzyła w tak spektakularny sposób? Stało się to gwałtownie czy na przestrzeni tysiącleci? Proces ten postępuje, czy skały skruszeją i zamienią się w piach za milion lat? Czasem wyglądają jakby już kończyły swój skalisty żywot, rozpuszczając się. Ma się wrażenie, że cała ta przestrzeń, jest niedostępna przez swoje kształty i ostrą, porowatą strukturę.



























Są odcinki pustynne, zupełnie pozbawione życia i są zielone oazy palm figowych, podlewane zautomatyzowanym systemem gumowych węży.
Jest też sawanna, z niskimi drzewami i ich koronami, jakby przystrzyżonymi na płasko od góry. Pod nimi, wylegują się wielbłądy, przeżuwając to, co wyskubały jakiś czas temu. Niektóre bezceremonialnie idą wzdłuż drogi, albo i w poprzek, nie zważając na ruch samochodowy.





































Są też kozy i bydło rogate pilnowane przez pasterzy, ale wyglądają inaczej niż te znane mi z Polski.















Sporadycznie, w najmniej oczekiwanym miejscu, spośród skał wyrasta wieża meczetu. To oznacza, że ludzie mieszkają tu i radzą sobie jakoś z siłami natury.



Wszystkie te widoki łączy jedno. Zalane są żarem lejącym się z bezchmurnego nieba. Tu słońce jest bardzo blisko ziemi, a cień to rzadkość.
Mimo pozornego odludzia, kiedy zatrzymać się na poboczu, można być pewnym, że za chwilę ktoś też to zrobi, żeby zapytać zwyczajowo skąd, dokąd, jak, czym i tak dalej.
Tutaj, benzyna jest dostępna bez kłopotu, tyle że czerwona. Kolor nie ma znaczenia. Motocykl jedzie jak zawsze.













***

Woda skończyła się już dawno. Na moje szczęście, można spotkać pośrodku niczego, coś na kształt nowoczesnego karawanseraj. Zatrzymałem się przy jednym z takich miejsc. Jest kilka budynków, stragany i handlarze, sprzedający swój towar z samochodów. Tu zatrzymują się podróżni, żeby zrobić zakupy, zjeść, albo kupić benzynę z plastikowych pojemników. Przestaję się pocić, więc to ostatnia chwila, żeby uzupełnić płyny. Nawet początki odwodnienia są przykrym doświadczeniem. Próbowałem zostawić motocykl w cieniu wystającego zadaszenia jednego ze sklepików, ale zmieściło się tylko koło i kokpit z zegarami. Reszta drogocennego cienia zajęta jest przez towary na sprzedaż. Plastikowe miski, metalowe rondle, patelnie, łyżki i wszelkie inne wytwory. Mam wrażenie, że gdyby ich dotknąć, mimo cienia, i tak mogłyby się odkształcić.




 
W środku, chłód klimatyzowanego pomieszczenia odrzuca. Pierwszy haust zimnego powietrza zatyka, aż oddychać się nie da. Później już jest lepiej, przyjemniej, komfortowo i w końcu błoga ulga.
Zimna woda skończyła się. Butelki w lodówkach, muszą tu leżeć od kilku chwil. Taka woda nie nadaje się w podróż. Zaraz byłaby obrzydliwie ciepła i przesiąknięta plastikowym smakiem. Jest za to ulubiony sok. Sok brzoskwiniowy. Jest gęsty i najważniejsze, zimny. Gasi pragnienie i uśmierza głód. Jeden karton wypiłem na poczekaniu, drugi zostawiłem na zapas, choć już teraz napiszę, że bardzo szybko się ów zapas skończył.
Ciekawie robi się zakupy. Kiedy sprzedawca nie ma wydać „grosika”, proponuje w zamian cukierka, albo gumę do żucia. Coś co odpowiada brakującej kwocie.






***

Im bliżej Bandar-e-Abbas, tym więcej spowalniaczy na asfalcie, betonowych zapór, żołnierzy i policjantów.
Trzeba zwolnić, przejechać wpatrując się w mundurowego z nadzieją, że nie będzie chciał zatrzymać i wylegitymować. To mi nie przeszkadza. Taką mają pracę. Sęk w tym, że każde takie zatrzymanie, to termiczna pułapka. Ani krzty wiatru. No żeby zefirek jakiś chociaż. NIC. Powietrze stoi jak zaczarowane, a każda kontrola trwa kilka minut. Tyle, żeby przewertować paszport, albo spisać z niego moje dane. Innych dokumentów nikt nie chce. Te kilka minut to akurat tyle, żeby słońce przedarło się przez motocyklowe ciuchy i żebym zapalił się od środka.

















Przedmieścia Bandar – e – Abbas. Od razu to widać, bo ruch jest wzmożony. Wielkie miasto portowe zaczyna się wiele kilometrów od centrum. Jeździ więcej samochodów, motocykli i widać ludzi. Zniknęły za to wielbłądy, kozy i inne bydło.









Raz już tutaj byłem w 2014 roku. Tyle, że teraz wjeżdżam od wschodniej strony i nie rozpoznaję niczego. Wtedy wjechałem od północy. Poznałem przypadkowo człowieka. Nazywa się Mohammad Asadzadeh. Oprowadził mnie po najstarszej części miasta, pokazał bazar, zaprosił do domu, gdzie jedliśmy lody szafranowe. Studiował w mieście i chciał zostać inżynierem. Ciekawe czy dokonał tego.
Nie odwiedzę go teraz. Nie można ot tak wejść komuś w życie, bez zapowiedzi. Poza tym, mogło by się to skończyć klęską urodzaju. Już wiem co znaczy w Iranie gościnność. Ludzie tu, traktują swoje zwyczaje jak miły sobie i Bogu obowiązek.
Plany związane z miastem mam takie, że chcę tylko zatankować i wymienić trochę pieniędzy w kantorze.
Na pierwszej napotkanej stacji tankuję motocykl i żeby odetchnąć nieco od upału, siadam na krawężniku w cieniu zadaszenia. Podchodzi człowiek i wręcza mi małą puszkę zimnego napoju pomarańczowego. Takiego z kawałkami owoców. Ot gest. Odkładam zeszyt z notatkami na bok. Puszka jest zimna, a płyn błogo chłodzi wysuszone pyłem z drogi i upałem z powietrza gardło. Na okładce zeszytu, w którym robię notatki, jest grafika wilka i księżyca w pełni. Starszy pan, z ciekawości, tak się nad zeszytem pochyla, że niemal przykucnął. Pokazałem, że to zeszyt. Starzec uśmiecha się radośnie jakby odkrył wielką tajemnicę. Prostuje się i idzie dalej swoją drogą.
Napój szybko znika w moim zgrzanym gardle. Kończę notatki, moczę chustkę w wodzie, zmywam z twarzy kurz, no i musze zapytać kogoś o kantor. Zapytałem pracownika stacji.
- Exchange? Czeńdż many?
Ten, zrozumiawszy mnie od razu, pokazuje w kierunku centrum miasta. Dla pewności wyszukuję w GPS kantory w okolicy, ale z mizernym skutkiem. Jadę. Wiem przynajmniej gdzie Centrum.
W Iranie wybory, albo po wyborach. Już w Chabahar widziałem rozwieszone plakaty, spotkania polityczne. W tym mieście plakatów jest tak niebywała ilość, że propagandowy materiał, z braku miejsca, wiesza się nawet na drzewach. Twarze kandydatów na samochodach, przyklejone na budynkach, na wolnostojących wielkich afiszach i banerach. Kartony z plakatami wywieszone na drzewach i latarniach kręcące się w koło od wiatru. Wszędzie.









Myśląc, że jestem już blisko centrum, zwolniłem, żeby poszukać kogoś, kto „na oko” może znać angielski. Zatrzymuję się przy mężczyźnie stojącym przy swoim aucie i zagaduję o kantor. Ten, gestem prosi o chwilę i woła żonę, która właśnie wsiadła do auta.
Z samochodu wysiada niewysoka, uśmiechnięta kobieta przy kości. Jej włosy przykrywa kolorowa chusta, a reszta stroju jest czarna. Na nosie wielkie przeciwsłoneczne okulary. Zna kilka słów po angielsku. To tyle co ja. Czuję, że się dogadamy. Tym bardziej, że ma w telefonie translator.
Dowiedziałem się tyle, że kantor jest w samym centrum miasta przy głównym bazarze. Zaraz po dyskusji wspomaganej mocno gestami, dostałem niespodziewanie propozycję obiadu. Teraz jestem już nieco mądrzejszy. To tradycyjne taarof. Kobieta nie nalega. Bardzo miły to zwyczaj. Małżeństwo wsiada do samochodu i odjeżdżają. Ja też.
Za kilkaset metrów, widzę równoległą do głównej, ulicę z pawilonami. Skręciłem w nią i w tym samym momencie słyszę natarczywy klakson. To samochód pary, której pytałem o drogę. Kierowca trąbi, a jego żona gestami pokazuje przez otwartą szybę, że to nie tędy. Gapa ze mnie. Wycofałem i zaczęło się. Teraz każą jechać za sobą i nie mogę już zaradzić temu, że zabieram im niepotrzebnie czas. Posłusznie jadę za małym, białym samochodem, a żona kierowcy co chwila odwraca się, sprawdzając czy nie jadą zbyt szybko. Mijają kilometry, aż w końcu samochód zatrzymuje się na szerokiej, ruchliwej ulicy, z wieloma pasami w każdą stronę. Obie arterie przedzielone pasem zieleni, na którym rosną niskie drzewa. Na drzewach plakaty wyborcze. Chodnik z wysokim krawężnikiem oddziela ulicę od ciągu budynków.
Motocykl zostawiłem pod opieką kobiety. Mężczyzna, prowadzi mnie nieopodal, do żelaznej bramy z prętów i blachy, pomalowanych dawno temu na żółto. Jest zamknięta na wielką kłódkę. Mój przewodnik nie poddaje się. Nad bramą wisi wielki szyld, a na nim napis i numer telefonu. Wyciąga więc telefon i dzwoni.



Dogadał się z kimś i za chwilę idziemy wzdłuż budynków, aż do małego przesmyku między nimi. Za 20 metrów małe, skromne wejście, a w nim starzec siedzący na drewnianym krześle. Przepuszcza nas na ocieniony plac z pozamykanymi sklepami. Tylko jedno miejsce jest otwarte.







Pusta witryna z przydymionych szyb i przeszklone drzwi. Przed wejściem do kantoru czeka starszy mężczyzna, usłużnie przytrzymując otwarte drzwi. Ten który mnie tu przyprowadził, przejmuje klamkę drzwi i zaprasza do środka.



W środku zbawienny chłód od klimatyzatora, rozlewa się po pomieszczeniu. Zaciągam się powietrzem i czuję jak płuca napełniają się ulgą. Podchodzę do wskazanego okienka. Wyjmuję dwie studolarówki. Normalnie nie wymieniam aż tyle. Ale nie wiem co czeka mnie na wyspie. Kasjer bada je na wszelkie sposoby, potem przelicza kurs na kalkulatorze. Po tej operacji, wyszedł zza kontuaru, i na prośbę mojego przewodnika, jeszcze raz pokazuje kurs Dolara i liczy znów na kalkulatorze na moich oczach. Zbędna to ostrożność i wcale nie chciałem sprawdzać rzetelności człowieka zza kontuaru.
Riale chowam do wewnętrznej kieszeni kurtki. Właśnie zostałem milionerem. Podzielę je później i poupycham w różne miejsca. Mam taką przypadłość, że gubię pieniądze. To zabezpieczy mnie na okoliczność utraty wszystkich na raz.





Wychodzimy. Odwracam się, a tam starszy jegomość, który czekał na nas na dziedzińcu, już otwiera drzwi i kłania się przyjacielsko, przykładając dłoń do serca. Odprowadza nas aż do stróżówki.
Świat za progiem znów zwariował. Gorąc rzuca się na ledwo schłodzone dłonie i twarz. Wdziera się do płuc z każdym oddechem. Wilgoć równie mocno przypomina, że jestem o krok od Zatoki Perskiej.
Kobieta, która została przy samochodzie i motocyklu, znów zaprasza do swojego domu. Znów gra w taarof. Odmawiam najuprzejmiej jak tylko mogę, nie znając języka. Żegnamy się i każdy odjeżdża w swoją stronę. Ludzie ci, nadrobili dla mnie sporo kilometrów i zużyli dużo czasu. Nie musieli, a jednak tak się stało. Iran to taka socjologiczna pułapka. Jak i kiedy oddać tyle uprzejmości, żeby bilans się zgadzał?
Może później porozmyślam o tym fenomenie. Teraz GPS prowadzi przez miasto i musze się skupić na drodze.
Wjeżdżam na ulicę przy nabrzeżu, którą spacerowałem kilka lat temu, rozmawiając z Ahmedem. Niewiele się nie zmieniło. Nawet kopia KFC otwierana dopiero późnym popołudniem, teraz zamknięta, czeka na swój czas. Jadłem tu kolację ze wspomnianym Ahmedem.
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • Ua Huka
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 883
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na świecie.
« Odpowiedź #47 dnia: Luty 01, 2022, 16:15:22 »

















***

Wyjeżdżam z zaduchu miasta. Skręcam do Bandar – e – Pol. Stamtąd odpływa prom na wyspę Qeshm. Słyszę przeraźliwy skowyt klaksonu. Biały Peugeot, a w nim kierowca mocno gestykulujący przez otwarte okno. Coś zrobiłem? Dogonił mnie i będzie żądał sprawiedliwości? Zatrzymuję się pośrodku ślimaka drogi szybkiego ruchu, gotowy na wszystko. Kierowca zrównuje samochód ze mną i … pokazuje, że źle pojechałem… Skąd wie dokąd jadę? Czy to możliwe? Zerkam na GPS, odwracam głowę, a tam jak byk stoi drogowskaz, pokazujący mój kierunek. Źle pojechałem. Jak to możliwe? No jak? Zaskoczony, mogę tylko podziękować kierowcy. Ten odjeżdża wyraźnie zadowolony, a ja zawracam ze ślimaka autostrady, jakieś dwieście metrów pod prąd. Mam wrażenie, że nikogo to nie dziwi i nikomu nie przeszkadza.

Za miastem jest tak samo gorąco. Tak samo duszno i tak samo parno, ale nie czuć spalin. Widoki, które mijałem jadąc wzdłuż wybrzeża cały dzień, wcale się nie zmieniły, tylko człowiek wdusił w to surowe miejsce swoje potrzeby. Asfaltowe drogi, szlaki kolejowe, linie energetyczne i budowle albo niedokończone, albo nikomu już niepotrzebne. Pomiędzy tym wszystkim, czasem da się zobaczyć samotną palmę, czy suchy krzak. Widoki jak z filmu „Mad Max”.






***

Ostatni czekpoint przed skrętem w drogę wiodącą do portu. Żołnierze sprawdzają każdego. Kolejka. Gorąco. Motocykl grzeje się. Na wskaźniku maksymalna ilość kresek. Cholernie chce mi się pić i głód doskwiera. Coś we mnie podpowiada głupie i nielogiczne rozwiązania. Czekpointy, do tej pory traktowałem jako ciekawostkę i trochę jak spowalniacze, ułożone gęsto w miastach na drodze. Teraz stały się irytującą, bezsensowną przeszkodą na mojej drodze. Nie będę czekał.
Bezpardonowo mijam wszystkie auta. Niemal przeskakuję przez muldy betonowe w momencie, kiedy żołnierz zajęty jest kontrolą jednego z wielu samochodu. Czuję, jak bagaż przez moment lewituje i za chwilę dociska tył motocykla do asfaltu. Dwójka i gaz.
W lusterku widzę, jak żołnierz macha rękoma prawie podskakując. Nic więcej. Żadnego pościgu, strzelania, blokad. Głupi pokaz słabości to był, ale poczułem wewnętrzną ulgę i irytacja natychmiast odpuściła.








***

Wjeżdżam w szeroką drogę wiodącą do budek z okienkami. Jak na autostradzie. Cofają mnie, bo to nie tędy. Zawróciłem i trafiłem na wielki betonowy plac zalany słońcem. Tu uchylona brama z prętów, a w niej zagradzający drogę policjant. Nie wpuści mnie. Gestami pokazuje niewielki budynek po drugiej stronie placu. Zrozumiałem. Już jestem za winklem budynku, ale słyszę przeciągły gwizd. Zawracam. Policjant znów pokazuje ten sam budynek. Teraz zrozumiałem dokładniej. Trzeba tam iść pieszo. Zostawiam motocykl na słońcu i wąskim przejściem dotarłem do okienka baraku. Tutaj, mężczyzna odwrócony plecami, rozmawia przez telefon. Stukam w parapet, bo czuję, że zaraz się zagotuję od temperatury. Nic z tego. Przychodzi do okienka inny mężczyzna i coś mówi w farsi. Człowiek – plecy, odwraca się na to i od razu pokazuje mi, żebym szedł dalej, do murowanego budynku.
Schody prowadzą do klimatyzowanego, niewielkiego pomieszczenia. Ledwo otworzywszy drzwi, poczułem jak bucha we mnie ożywczy chłód klimatyzacji. To biuro. Dwa okienka za szybą. Jedna kolejka na kilka osób. Stoję w niewielkim oddaleniu nie wiedząc co dalej.
Jeden z urzędników, widząc moje niezdecydowanie wstaje zza biurka, obchodzi szybę z okienkami.
- Passport please.
Wyciągam dokument i podaję. Zabiera go i idzie z nim do pokoju za drzwiami. Dopiero teraz zauważyłem te drzwi. Pewnie rezyduje tam ktoś ważny. Może naczelnik. Za chwilę wychodzi i prosi o dokumenty motocykla. Daję je i razem idziemy na zewnątrz, do budki z człowiekiem odwróconym plecami. Teraz, kiedy jestem z urzędnikiem z biura, wszystko idzie gładko. Wąsata twarz Człowieka-plecy, nawet lekko się uśmiecha. Tutaj robi się ksero moich dokumentów. Za pierwszym razem coś nie wychodzi i wąsaty dostaje ochrzan. Urzędnik sam sięga do kopiarki przez okno i robi co trzeba.



Z małą stertą papierów wracamy do zbawiennie zimnego biura. Urzędnik znika znów za drzwiami. Za kilka minut wraca, oddaje paszport, dowód rejestracyjny motocykla i kartkę do wypełnienia. Imię ojca, moje imię i nazwisko, zawód, data i miejsce urodzenia, po co chcę na wyspę, ile czasu tam będę, gdzie zamieszkam, numer telefonu do miejsca zamieszkania. Są jeszcze inne rubryki, ale przerasta to moją znajomość angielskiego. Wypełniam co umiem i oddaję kartkę. Muszę ściągnąć mokrą od potu kurtkę. Kiedy się tak męczę nad kartką do wypełnienia, urzędnik przynosi mi lodowatą wodę w butelce. Co za gest! Ten wspaniały, półlitrowy płyn pochłaniam niczym ambrozję. Oczywiście wiadomo co się dzieje z prawie ugotowanym człowiekiem, kiedy się napije wody. Teraz jestem już zupełnie mokry. Uważam, żeby długopis nie wyślizgnął się i żeby nic nie kapało na dokument, który wypełniam. Jeszcze podpis.
Oddaję wypełniony formularz. Urzędnik nie patrząc na to co wypisałem tam z taką trudnością mówi, że mogę jechać. Żadnego potwierdzenia, notatki, ksero, ani skrawka papieru. Wychodzę. Skwar uderza jak młotem. Z niechęcią nabieram gorące powietrze w płuca. Drzwi zamykają się za mną, automatycznie oddzielając mnie na zawsze od chłodu biurowego wnętrza.
Motocykl stoi tam gdzie go zostawiłem. Tyle, że nie da się dotknąć. Czarny materiał kanapy nabrał połysku jakby miał się zaraz rozpuścić. Bagażu nie da się dotknąć bez bolesnego oparzenia. Mam nadzieję, że aparat w tankbagu nie popsuje się od temperatury.
Brama, z której gwizdał policjant kierując mnie do budynku, teraz rozwiera się całkowicie. Groźnie wtedy wyglądający funkcjonariusz, teraz z uśmiechem zaprasza.



To jednak nie koniec.
Sto, może dwieście metrów dalej, siedzą ludzie w cieniu konstrukcji do załadunku wielkogabarytowego. Naprzeciw nich biały kontener z zakratowanym oknem i nieprzeszklonymi drzwiami. Zatrzymują mnie. Myślałem, że tylko z ciekawości, ale nie. Jeden tęgi staruszek, wspomina o dokumencie CPD. Zmroziło mnie. Tutaj? Przecież wyspa Qeshm to też Iran, mimo, że strefa bezcłowa.
Z białego kontenera wychodzi policjant. Biała, wyprasowana idealnie koszula, bardzo kontrastuje z jego śniadą cerą. Złoty zegarek, szykownie zwisa z nadgarstka, wyróżniając się na tle prostego i schludnego ubrania. Nogawki spodni w kant, kończą się na idealnie czystych lakierkach. Na nosie przeciwsłoneczne okulary a`la Top Gun z maleńkim, ale podnoszącym status napisem Ray Ban. Z bliska widać, że włosy długo układane na brylantynę czy żel, nie tolerują służbowej czapki przez wzgląd na swoje misterne ułożenie. Całości subtelnego wyrazu dodaje błyszcząca, bezbarwna pomadka na ustach. No i idzie do mnie ten Don Juan z wyszczerzonymi zębami w kolorze koszuli i prosi o paszport. Wręczam paszport. Obejrzawszy go prosi o karnet CPD. Nie mam przecież. No to dokumenty motocykla.
- Gdzie są numery motocykla?
– Tutaj – pokazuję na szparę między bakiem a zbiornikiem oleju. Zagląda.
Znów powtarza coś o karnecie CPD. W tym czasie podjeżdża samochód osobowy. Szyba otwiera się i ręka z samochodu podaje kartkę. Może to o taki karnet chodzi? Mówię, że nie mam karnetu i że jest niepotrzebny. W końcu Don Juan łapie za telefon. Pewnie dzwoni do urzędu, w którym przed chwilą załatwiałem formalności. Kiedy mówi, w kącikach ust sklejając wargi, lepi się na w pół sucha ślina. Skończył rozmowę i z tym swoim rozbrajającym uśmiechem pozwala jechać.





Ujechałem może sto metrów i jestem w porcie. Czekam na wjazd na prom zacumowany przede mną. Krząta się obsługa. Jeden z ludzi kieruje ruchem. Samochody wjeżdżają tyłem. Przypływa prom z wyspy. Otwiera swój trap i wysypuje się chmara kolorowo poubieranych ludzi. Za nimi wyjeżdżają małe motocykle, samochody osobowe, a na końcu autobus i ciężarówki. Nikomu nie przeszkadza, że stoję na środku placu i pojazdy muszą się przeciskać między mną a samochodem, czekającym na wjazd na prom. Co niektórzy pozdrawiają, lub patrzą z zaciekawieniem. Są też bardziej śmiali. Młody chłopak bez zażenowania podszedł i pyta czy może zrobić zdjęcie. Już się trochę do tego przyzwyczaiłem. No i chłopak robi ich ze dwadzieścia. Motocykl, zegary, opona z przodu, opona zapasowa, ja. Co się da, fotografuje.













- Mister! – słyszę za sobą wołanie.
Odruchowo odwracam głowę. To człowiek od załadunku i ustawiania pojazdów woła na mnie. Moja kolej. No to wjeżdżam.



Trap podnosi się powoli, zasłaniając widok portu. Odpływamy. Nie wiedzieć czemu, nikt nie wyłącza silnika. Jazgot silników, wzmagany jest metalową konstrukcją promu. Może chodzi o klimatyzację w samochodach. Nikt nie chce zmagać się z upałem. Z boku tego wszystkiego stoi grupka kolorowo ubranych kobiet z dziećmi. Jest z nimi młody chłopak.



Z drugiej strony stoją trzy kobiety. Widziałem je już wcześniej w porcie. Jedna niska i dobrze przy kości. Okutana od stóp do głów przypomina kiełbaskę. Nawet kiedy wiatr mocno zawieje, nie zmienia to specjalnie kształtu jej ubrania, ani gabarytów. Druga z kobiet jest bardzo wysoka i też przy kości, ale tak kobieco - kształtna. Nie skrywa całkowicie włosów pod burką, jakby afiszując się tym. Na nosie duże okulary przeciwsłoneczne. Widać ze sposobu bycia, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Trzecia tak samo wysoka, jest najszczuplejsza z całej trójki. Wiatr przyklejający ubranie do ciała, bezwstydnie obnaża piękne kształty. Jest zgrabna. Dobrze zakryte włosy mogą sugerować jej posłuszeństwo tradycji. Jednak mały cekin czy może kolczyk w przekłutej komorze nosa, może mówić coś z goła innego. Szlachetny wręcz, albo może modelowy kształt twarzy, duże, brązowe oczy i proste, ale niezbyt wąskie usta, dają obraz twarzy modelki.
Chodzę z aparatem po pokładzie, przeciskając się między samochodami.













Zza wysokich burt promu niewiele widać, ale znalazłem lukę między burtą, a nie do końca podniesionym trapem. W tej szczelinie widok niecodzienny. W płytkiej wodzie wbite pale i do nich uczepione sieci rybackie. Światło odbija się w drobnych falach, dodając wodzie blasku. Ptaki znalazły sobie tu żerowisko i siedzą czekając na łatwą zdobycz, albo przelatują z jednego miejsca na drugie. Aparat bez wytchnienia strzela migawką, a ja szukam odpowiedniego ujęcia, zauroczony widokiem.











– Qeshm tejk foto - Woła do mnie piękność z kolczykiem w nozdrzu.
- Jest bardzo odważna – myślę. Podchodzę, a ona pokazuje w stronę wyspy. Nie mogę oderwać wzroku od śniadej twarzy i odpowiadam coś niezrozumiale idiotycznego:
- No tejk foto Queshm. Aj tejk foto ju. – I odchodzę na odpowiednią odległość, bo mam w aparat wpięty teleobiektyw. Dziewczyna usłyszawszy te nieskładne słowa, wpadła w taki popłoch, że pożałowałem swoich słów.
- No… no, szepce prosząco. Odwraca się, poprawia i tak już idealnie ułożoną chustę skrywającą każdy włos. Widać, że jest jej nieswojo i żałuje, że zaczepiła obcego, mimo że w dobrej wierze.
Chcę pokazać, że odłożyłem aparat, ale to na nic. Przecież stoi tyłem. Na dodatek poprosiła chyba swoją koleżankę, żeby ją zasłoniła, bo ta stanęła między nami. Coś mi się zdaje że popełniłem fatalną gafę…
Prom dopływa do portu na wyspie w kilkanaście minut. Wysypuje się z niego wszystko co zabrał. Kolejność podobna do tej co już widziałem. Ludzie, motocykle, osobówki, ciężarówki. Na pożegnanie macham kobiecie, którą tak zawstydziłem, ale odma****ą wszyscy prócz niej. Tego już nie naprawię.



Nie ujeżdżam 300 metrów i słyszę gwizd za sobą. STOP. Z budki, którą właśnie minąłem, wychodzi rozbawiony policjant i żąda dokumentów. Wręczam paszport. Znów słyszę hasło CPD. Mówię że nie mam, że nie trzeba i że tamten – wskazuję za siebie w dal – policjant mówił że nie trzeba. Pogadał, pogadał i nareszcie jestem na wyspie. To znaczy już byłem zjeżdżając z promu, ale teraz oficjalnie i bez papierologii.


 
Jest popołudnie, więc czas poszukać noclegu. Może zostawię gdzieś bagaż i zdążę na zachód słońca.
W Internecie, znalazłem sieć „homestay”. Wybrałem najbliższy. To kilkadziesiąt kilometrów od portu. Droga wiedzie wśród nieprawdopodobnie uformowanych przez naturę skał. Są też rafinerie, czy może stacje wydobycia gazu. Z oddali, spomiędzy gór, wywala się jęzor płomieni. Jakby smoka ktoś uwięził w pułapce. Zaskakujący widok. Czasem zalatuje takim jakimś chemicznym wyziewem. Dalej droga prowadzi wzdłuż lasu namorzynowego i znów przez skaliste pustkowie. Zbliżający się zachód słońca, podwaja urok tego surowego miejsca.






"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • Ua Huka
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 883
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na świecie.
« Odpowiedź #48 dnia: Luty 01, 2022, 16:16:01 »
***

Zatrzymuję się w centrum wioski. Jest pusto, a kiedy wyłączam silnik, cicho. Kot bezgłośnie przechodzi przez wąską drogę. Za nim jeszcze jeden, taki sam. Mimo, że słońce coraz niżej, wciąż jest gorąco i nie ma wiatru. Absolutna cisza, jakby za chwilę miało się coś stać, albo jakby od dawna nikogo tu nie było. Jakby wszystko co widzę zatrzymało swój oddech, czekając co zrobię. Miejsce wygląda na opuszczone, choć tak nie jest. Czy dobrze trafiłem? Nie podoba mi się tu, choć czasem pierwsze wrażenie bywa mylne. Mimo to, stukam w metalową bramę domostwa. Nic. Echo tego stukania szybko zamiera, dławione ciszą. Chwytam za klamkę. Ciężkie, metalowe drzwi nie stawiają oporu. Wchodzę na posesję.









Ziemia wyłożona wzorem z biało-niebieskich kafelków. W ścianach wejścia do pokoi, zamknięte metalowymi drzwiami, przeszklonymi u góry matowym szkłem. Na środku placu rosną palmy. I ta cisza. Nie ma żywej duszy. Stawiam kroki z namysłem, niemal skradając się, żeby skrzypienie butów jak najmniej tą ciszę zakłócało. Nieśmiało nawołuję, stukam do różnych drzwi. Nic. Zero odzewu. Idę do przejścia za palmami, a tam pies. Jest duży, ale nie wygląda na groźnego. Tylko patrzy czujnie. Wycofuję się, bo chyba wszedłem do prywatnej części homestay. Odwracam się i… Jeden z pokoi jest otwarty. Wejście jest inne. Drzwi są z niepomalowanych desek. Zaglądam ciekawsko do środka. Gdy oczy przyzwyczajają się do ciemności… W zaciemnionym wnętrzu, na szmatach, nieruchomo siedzi duch. Stara kobieta, tak myślę, że stara, chyba drzemie. Zobaczywszy mnie, nerwowo poprawia chustę. Wszystko w absolutnej ciszy. Przez moje spocone plecy przemknął zimny dreszcz. Wycofałem się na zalany słońcem plac. Pomieszczenie obok jest zamknięte, ale drzwi nie stawiają oporu. Otwieram, a tam na całej podłodze sterta szmat, rzeczy osobiste, półka z przyborami do golenia i przedmioty niewiadomego przeznaczenia, porozstawiane pod ścianami. Brakowało tylko noży, tasaków i łańcucha uczepionego do ściany. Wychodzę stad.

Już zakładam kask i już mam odjeżdżać, kiedy znikąd pojawia się dzieciak na rowerze. Jakieś dziewięć, może dziesięć lat. Pokazuję mu na bramę, z której właśnie wyszedłem. Młody woła sąsiada. Ten wyszedłszy z budynku naprzeciwko, gdzieś dzwoni. W pobliżu zaszczekał pies. Słychać kłócące się koty. Lekki zefir poruszył liśćmi lichego drzewka, przy którym zatrzymałem motocykl. Wszystko ożyło, powrócił też dźwięk.  Chłopak zagaduje po swojemu. Za kilka minut przychodzi brat właściciela homestay. Przecznicą przejeżdża pickup, wzniecając tuman kurzu za sobą. Nie ma już tajemniczej ciszy.
Właścicielem tego miejsca, albo może zarządcą, jest młody, zażywny chłopak, świetnie władający angielskim. Będzie trudno się dogadać. Rozmawiamy o pokojach, co obejmuje cena i o jedzeniu. Zachwala bliskość różnych atrakcji. Jest też przewodnikiem. Nie zgadza się na żadne negocjacje cenowe. Jakoś wydaje mi się zbyt poważny i wyczuwam w nim nutę dobrze skrywanego cwaniactwa. Mimo umęczenia upałem, odjeżdżam, tak jak postanowiłem z początku. Zdążył jeszcze podpowiedzieć, gdzie jest inny homestay. Jadę tam bez przekonania, ale homestay nie ma. Zatrzymałem chłopaka na motorowerze z zapytaniem, ale ten kieruje mnie do hotelu w mieście Qeshm. W sumie może ma rację. Mieszkałem w Qeshm i wiem nawet dokąd pojechać. Jest tam kilka hoteli z klimatyzowanymi pokojami, parking podziemny i masa ciekawych ludzi i miejsc klimatycznych. Łącznie z galerią handlową z bezcłowymi cenami. Tylko czy tego potrzebuję? Nie po to tutaj przyjechałem.
Natrafiłem na jeszcze jeden homestay. Dość łatwo je wypatrzeć, bo albo są drogowskazy, albo pionowe, nowoczesne reklamy na betonowym cokole, zapraszające gości. Wszystkie takie same, więc pewnie to jakieś zrzeszenie, czy sieć. Zajeżdżam tam. Wioska jak poprzednia, ale blisko zatoki. Miejsce nazywa się Assad`s Homestay. Ubitą drogą podjeżdżam pod bramę. Nie zdążyłem zejść z motocykla, a w metalowej bramie, pojawia się mężczyzna około 50-tki. Zdecydowanie za szybko mówiąc płynną angielszczyzną pyta, odpowiada, sugeruje. Z ceną nie ma problemu. Będę miał też śniadanie, obiad i kolację. Zostaję tu. Metalowa brama otwiera się całkowicie i mogę wjechać do środka. Parkuję pod zadaszeniem przy wejściu do domu. Żeby nie było wątpliwości, pokazuję właścicielowi banknot w kwocie na jaką się umówiliśmy. Ten przytakuje.
Mam swój pokój. Jest spartańsko urządzony, bo w zasadzie pusty. Jedynie przy jednej ze ścian oparte są kolorowe materace i duże poduszki. Jest też lusterko i pod nim mała półka. W miejscu na okno wbudowany jest klimatyzator. Tyle w zupełności wystarczy. Klimatyzator nie działa, bo chwilowo nie ma prądu. Za godzinę ma być.
Idę pod prysznic. Jest tylko ciepła, albo ciepła woda. Nie ma znaczenia, którym kurkiem kręcę. Jednak i taki prysznic działa cuda. Woda zabiera ze mnie gorąc, pył, pot, brud i zmęczenie. Robię też pranie. W tym czasie Assad, bo tak ma na imię właściciel homastay, rozkłada na wybetonowanym dziedzińcu wielki, bordowy, zdobiony dywan. Posłuży za siedzenie i stół. Przyniósł herbatę cynamonową do ciastek własnej roboty. Upał nieco zelżał, choć wilgoć została. Popijamy herbatę, a Assad opowiada o swoich kotach. Są tu trzy. Mówi o ich zwyczajach i życiu. Później o wyspie, co jest w pobliżu do zobaczenia, co może mnie zainteresować. Mnie interesują delfiny.
Wieczorem, do domu wróciła żona Assada i jego dwie córki. Żona ma na twarzy czarną, ażurową maskę, zasłaniającą oczy i nos. Po przekroczeniu progu bramy, zdjęła ją. Jedna z córek jest dorosła w nieokreślonym wieku. Nie zapytałem, bojąc się, że popełnię znów gafę, jak na promie. Druga córka ma 11 lat. Jest bardzo pewna siebie, zna bardzo dobrze angielski. Chodzi kolorowo ubrana i ma pomalowane paznokcie. Za pół godziny, kolacja na dywanie. Jest sabzidzab i supedal. Wegetariańskie dania z warzyw. Do tego placki chlebowe i woda. Tak między nami, nie mogłem się doczekać.
Po kolacji spytałem Assada o laptop. Pożyczył mi go, żebym mógł zgrać materiał z kart pamięci na dysk. Dzięki temu znów mam wolne miejsce na kartach pamięci. Dzień kończę późnym wieczorem w chłodnym pokoju. Klimatyzator już działa.







CF


Mapy:






P.s

Dziś podzieliłem wpis na 3 posty. No nie chcą się zmieścić w jednym :)
"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/

Offline CeloFan

  • TDM User
  • Ua Huka
  • 250 km/h
  • *****
  • Wiadomości: 883
  • Pełne zadowolenie składa się z małych uciech...
    • CF act
Odp: O gościnności, dróg sekrecie i najgorętszym miejscu na świecie.
« Odpowiedź #49 dnia: Czerwiec 25, 2022, 12:19:09 »
 :deadtop4:

29–ty dzień. 18 maja.

Licznik: 102865 – 102889
24km

Dulab (wyspa Qeshm)

Klimatyzator schłodził pokój do takiej temperatury, że zmarzłem. Jest piąta rano, a czuję się wyspany za wszystkie czasy. Zaciągnąłem na siebie śpiwór i robię notatki. Pamięć to taka instytucja, że z każdą godziną umykają szczegóły, wypaczając fakty, a luki te wypełnia wyobraźnia. Trochę jak z wędkarzem, który złapał rybę. Ryba z czasem, w opowieściach, staje się coraz większa, walczy na wędce coraz mocniej, a hol przypomina dramatyczny bój o przetrwanie wędkarza i jego sprzętu.
6.45. Pukanie do drzwi wyrywa mnie z pisanego skupienia. To 11-letnia córka Assada, bezpardonowo wchodzi do mojego pokoju bez czekania na zaproszenie. Dziwi mnie jej odwaga, pewność siebie, otwartość, kiedy tak sobie weszła, nie mając pojęcia, w jakim stanie ubieralności jest mężczyzna w środku. Rozbawiła mnie najbardziej, jej dziecięca pogarda dla tradycji zakrywania włosów i twarzy, co na wyspie i w ogóle wśród Szyitów jest bardzo przestrzegane, choć z zakrytymi włosami też ją widywałem. Widziałem, jak tutaj kobiety zakrywają twarze maskami. W tej chwili dziewczynka skrzętnie korzysta ze swojego dziecięcego przywileju, włosów nie zakrywając wcale. Co dziwniejsze, na jej niewinnych ustach, wyraźnie widać ślad mocnej, czerwonej szminki, a na paznokciach nieudolnie położony lakier. Do tego kolczyki, zwiewna kiecka do kolan, pod nią dżinsy, a na stopach trampki. Niczym, ale to zupełnie niczym, nie różni się od dzieciaków z Polski.
Przyszła i obwieszcza płynnym angielskim, że o siódmej śniadanie.





Zanim zdążyłem się ubrać, wróciła, żeby powiedzieć, że śniadanie będzie w domu, bo na zewnątrz jest za gorąco.
Rzeczywiście. Kiedy tylko otworzyłem drzwi, buchnęło we mnie gorące, rozgrzane porannym słońcem powietrze. Mój skromnie urządzony pokój, pozbawiony jest łazienki. Trzeba kawałek przejść, żeby się umyć. Umywalka jest przy prysznicu.
Wodę się oszczędza. Na każdym dachu, każdego domostwa jest biały zbiornik. Tutaj też. Taki zbiornik zaopatruje prysznic, kran i resztę. Wprawdzie kran nad umywalką ma dwa kurki, ale woda jest zawsze gorąca, niezależnie od tego, którym kurkiem kręcić.

Dom Assada urządzony jest raczej w stylu europejskim. Jednym z niewielu i to wątpliwym świadectwem przynależności domostwa do ziem irańskich i tutejszych zwyczajów, są buty zawsze pozostawiane przed wejściem.
W głównym pokoju, jak i w aparycji dziewczynki, która mnie przywołała na śniadanie, niewiele tradycji irańskiej kultury, czy uwielbienia Koranu. Jest regał pod ścianą, a na nim płaski telewizor, na którym, wzorem europejskich mediów, wyświetla się klasyczny, propagandowo—szkolący materiał, uczący poglądów i przekonań. Jest siódma, więc są wiadomości i bloki reklamowe co chwila. Naprzeciwko telewizora, wygodna kanapa. Pośrodku przestronnego pokoju dywan. Pod sufitem żyrandol. Całość chłodzi wydajny klimatyzator.
Talerzyki z białym serem, dżemem, masłem, kandyzowanymi owocami, i brązową masą o konsystencji kisielu na ciepło, podaje żona Assada. Córka opiekuje się swoim kotem.



Stół zapełnia się tymi smakami, a na koniec placki chlebowe. Nibykisiel, w połączeniu z plackami chlebowymi, jest smaczny, łamie suchość sera i jego słony smak. Herbata z imbirem, nalana z dzbanka, musi odstać swoje do ostygnięcia.

Jestem tak rozleniwiony porannym upałem, że nie w głowie mi już wycieczki, choć miałem taki zamiar. Zamiast tego, w cieniu zadaszenia, rozkręciłem pokrywę zębatki zdawczej w motocyklu. Oprócz wyłamanej części dozownika olejarki wszystko wygląda dobrze. Tylna zębatka za to jest na wykończeniu. Być może w Turcji będę musiał kupić nową albo i cały napęd. Póki co, w kilka chwil reguluję naciąg łańcucha. Może doraźnie pomoże na „strzelanie” łańcucha. Skończył się też olej w olejarce i brakuje nieco płynu chłodniczego.




 

***

Nieprzyzwyczajony do dodatkowego, tak ciężkiego balastu, Assad niepewnie ruszył z miejsca swoją 115 tką. Mały jednocylindrowiec, zostawiając za sobą niebieskawą chmurę dymu, przetoczył się wolno po nierównej, nieutwardzonej drodze i wjechał na asfalt. Tutaj odżył nieco i rozpędzony, przestał się chwiać na boki.



W zasadzie mogłem przyjść tu pieszo. Sklep motoryzacyjny oddalony jest o niecały kilometr, dzieląc wolnostojący budynek z serwisem wszelakiego gatunku pojazdów, tuż przy głównej drodze.





W środku zbawienny chłód. Assad wie już, czego potrzebuję, więc zasadniczo jak ja mogłem przyjść sam, tak on teraz tłumaczy sprzedawcy, co jest potrzebne, a ja jestem zbędny. Kupuje więc 3 litry płynu do chłodnic i pół litra oleju 50W. Mniejszych opakowań nie ma. Z tym towarem, jedziemy do sklepu spożywczego. Jest gęsty sok brzoskwiniowy, który tak lubię. Sok i dwa napoje gazowane. To wszystko, czego mi potrzeba.
 








W takim sklepie, można kupić też benzynę.





Uzupełniam płyn chłodniczy w motocyklu i dolewam olej do olejarki. Zabieram zapas obydwu specyfików do dwóch małych butelek i chowam je w zapasowej oponie przytroczonej do motocykla.







Nieznośny, wilgotny upał przedpołudnia, zapędza mnie do mojego małego, klimatyzowanego pokoju.
Przyjemny chłód przywraca mi siły na tyle, że przestaję się pocić i mogę dokończyć notatki. Kiedy kręciłem kluczami przy motocyklu, lało się ze mnie jak z durszlaka.
Chłód nie na długo mnie ocucił i niewiele napisałem. Ołowiane powieki przesłoniły obraz świata i żadną siłą nie mogłem odgonić snu.

W samo południe obudziły mnie pokrzykiwania Assada, wołającego na obiad.
Rześki już i wypoczęty, po raz kolejny zderzyłem się ze spiekotą dnia. Tak naprawdę, obiadu jeszcze nie ma. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do nadmiaru światła, natknąłem się na taki widok: Assad siedząc w kucki, jedną ręką przytrzymuje wielką, zamrożoną na kość rybę, w drugiej dzierży tasak, zagłębiony w karku ryby. Pełen ufności czeka, aż jego żona, wprawnymi ruchami raz za razem waląc młotkiem, łeb rybie odetnie. Później pośrodku, na koniec przed ogonem. Jeden błąd i Assad długo piątki nikomu nie przybije. Mimo to, stojąc tak i prażąc się w świetle słońca, zazdroszczę Assadowi tego zmrożonego truposza, chłodzącego teraz jego dłonie. Z jaką lubością można by odebrać zdechłej rybie ten chłód zbawienny. Tę temperaturę ujemną. To antidotum na przegrzanie. Skończyłem wewnętrzne dywagacje, kiedy spojrzawszy na mnie, Assad roześmiał się od ucha do ucha, jakby wiedział, o czym myślę…







A więc na obiad ryba. Ryba polana pysznym ostrawym sosem, ryż z przyprawami i chłodna woda w dużej ilości. Na taką temperaturę, to aż nadto.
Po obiedzie, znając już mój ulubiony napój, gospodarz proponuje jeszcze jeden poczęstunek. Żeby nie nadużywać gościnności, mimo że opłaconej, odmówiłem i przyniosłem własną, kupioną jeszcze w Stambule, na pył zmieloną, wyjątkowo aromatyczną kawę. Papierowa torebka, przesiąknięta aromatem, już roznosi woń palonego ziarna po kuchni. Teraz ja sam mogę przyrządzić ją na specjalny sposób.
Wsypuje się do rondelka kawę w odpowiedniej ilości do przyszłej mocy napitku. Stawia się rondel na niewielkim gazie i czeka, aż lekko będzie dymić. Naprawdę tylko, tylko. Dzięki temu uwalnia się jeszcze więcej aromatu. Teraz zalewa się kawę wodą, w takiej ilości, ile kawy ma być i z powrotem stawia na gaz. Nie wolno mieszać! Czeka się, aż kawa zacznie kipieć i już na początku kipienia, kończy się ten prosty proces. Gotowe. Teraz, wystarczy czarny płyn przelać do filiżanki i delektować się czarnym napojem.
Po wspólnym wypiciu kawy mogę zająć się kartami pamięci. Na pewno będą straty, bo podczas kopiowania wyskakują błędy, ale liczę, że i tak większość materiału dowiozę w całości. Jedna karta niby jest skopiowana, ale bez pierwszego folderu. Reszta pokazuje jakieś szlaczki. No trudno. Przynajmniej podłej jakości zdjęcia z telefonu, zachowały się w całości. Mam nauczkę, że następny wyjazd muszę zaopatrzyć w swój sprawdzony laptop.

***

Wieczorem, kiedy największy upał zelżał na tyle, żeby jajko nie dało się usmażyć całkowicie, jeszcze przed zachodem słońca, wsiadłem na motor i pojechałem do kanionu Chahkooh.
Już dojazd asfaltem, wśród przedziwnych form skalnych jest dla mnie wydarzeniem samym w sobie.













Jednak na miejscu…
Wjeżdżam między drzewa, po nierównym bezdrożu, gdzie stoi zaparkowany pickup. Obok, w cieniu siedzi na ławce człowiek. Zapewne strażnik parkingowy. Chciałem jak inni zaparkować tutaj, ale ten macha, żebym jechał dalej. Dokąd dalej? W ostatniej chwili zauważyłem niewielki nasyp, wyglądający na ścieżkę wychodzoną przez turystów. Tych jednak, oprócz mnie tu nie ma. To nie sezon.
No to jadę w tę ścieżkę.
Rodeo! Po skałach, po kamieniach, po piachu i żwirze i znów po skałach, aż do równego. Moje szczęście, że za kilkaset metrów ścieżka kończy się kanionem. Cieszę się, że nie naubierałem się motocyklowo. Zabrałem tylko rękawice z przyzwyczajenia. Byłbym się stopił jak świeczka od tych wrażeń.
 

 







 






Na końcu ścieżynki zakole, otoczone wysokimi ścianami skalnymi. W zakolu jedno rozłożyste drzewo, dające cień. Wiadomo gdzie zaparkowałem motocykl. Oprócz powrotu, jedyną dalszą drogą jest wejście do kanionu.


 


Erozja. Oto artystka, która spowodowała te kuliske kształty, te łyżki, te zagłębienia, łagodne esy i owale. Gęby wykrzyczane, oczodoły bez życia, zwierzęta zmyślone, dziury wydrążone, niczym pułapki. Nie ma tu jednego rantu, czy kąta ostrego. Wszystko spływa, leje się, zaowala i meandruje, miesza ze sobą, przenika, bez najmniejszego oporu materii skalnej.














 

 

 


Nie można rzetelnie opisać tego imponującego tworu i nie da się przekazać fenomenu artystycznego żadną fotografią. Erozja jest wieczna. Tworzy tu już tak długo, że jej dzieło w najwyższej części ścian, zapomniane już kruszeje, kiedy tu, na dnie kanionu, skała łagodnie obli się w każdy możliwy sposób.



Stoję tak pośrodku, na skrzyżowaniu rozpęknięć, jak na skrzyżowaniu dróg. Cisza. Słychać tylko migawkę mojego starego, poczciwego aparatu i łopot skrzydeł gołębia, który zerwawszy się z wysokiej półki skalnej, zabrał ze sobą znalezioną gałązkę. Pewnie buduje gniazdo.



Przestałem na długą chwilę fotografować. Ciche, ale jednak natarczywe zdaje mi się to kłapanie migawki. Zbędne. Tym bardziej że z wrażenia, wcale do zdjęć się nie przyłożyłem. Tak się dzieje, kiedy zachwyt nakazuje zapamiętać WSZYSTKO, a nie ma jak. Na pewno nie aparatem. Chciałbym tu być, kiedy mocno wieje. Kiedy burza piaskowa przewala się nad rozpadliną. Kiedy natura nie szczędzi swojej siły. Czy wtedy skały przemawiają? Czy te obłości wydają z siebie pomruk jakiś, jęk może, albo świst, czy gwizdanie przerażające? Nie wiem. Teraz panuje cisza, a kiedy spojrzeć w górę, widać jak popołudniowe słońce oświetla zaledwie skraj skały, nie sięgając tutaj swoim żarem, choć chłodno wcale nie jest.
Spokój samotny i rozmyślania niedorzeczne, przerwali goście nieoczekiwani. Tak zatraciłem się w plądrowaniu wzrokiem kształtów ścian, że zdało mi się, że mimo że to publiczne miejsce i turystycznie przecież nawiedzane, nie ma dostępu tu nikt oprócz mnie. Takie naiwne zawłaszczenie mentalne. Człowiek ten nie przyszedł sam. Jest z nim kobieta. Za nimi jeszcze dwie niewiasty, ale widać, nie spodobało się, bo ledwo omiotły wzrokiem dookoła i odeszły.
Para została. Nie trzymają się za ręce, nie obejmują, ale wyraźnie widać, że cieszą się swoim towarzystwem. On pokazuje jej gdzie stawiać kroki, ona posłusznie idzie za nim, ufna i uśmiechnięta. Chwyciła mnie ta nonszalancja, wyrażana w tak naturalny, jednocześnie niejawny sposób. Jakież to przeciwieństwo otwartej, bezpruderyjnej, czasem ordynarnej, a na pewno nieskromnej eskalacji uczuć i seksualności wśród Europejczyków w miejscu publicznym.
W kanionie jest studnia z wodą. Jedyne miejsce stworzone ręką ludzką to betonowy krąg, niepozwalający zsunąć się do owej studni. Mężczyzna wyciągnął za sznur, niewielki pojemnik ze studni, podał wodę kobiecie. Ona wypiła kilka łyków, zaspokajając pragnienie. Uśmiechy promienują na ich twarzach. Rozmawiają. W końcu ona odeszła kilka kroków, podziwiając kanion. On został, żeby zanieść należną modlitwę swojemu Bogu.





Nie mogę być już niewidoczny. Przyszło więcej ludzi i nie są tak fascynujący. Zwykli turyści jak ja. Nastrój przepadł, poruszony hałasem rozmów, zamazał się mistyczny obraz falujących skał. Zostały kamienie, w których woda wyryła brzemię swojej siły, na spółkę z czasem.

***

Droga powrotna, choć taka sama, nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia. To znaczy, widoki wciąż są egzotyczne, ale sama jazda, okazała się wiele łatwiejsza, niż w tamtą stronę. Dlatego zatrzymywałem się co jakiś czas na tym krótkim odcinku, żeby popatrzeć.










 


Zachód słońca na motocyklu to coś, czego wszyscy zazdrościliby nam, gdyby wiedzieli, co tracą…


 


Jutro pojadę szukać delfinów w zatoce Perskiej.

CF

Mapy:





"Koniec końców kocha się żądzę, a nie to, czego się pożąda". F. Nietzsche
https://www.facebook.com/CFact1/